Odetchnęła głęboko, czekała, aż drzwi się otworzą. Nie bała się konfrontacji z kobietą, bo jeśli coś poszłoby nie tak, to zawsze miała jeszcze różdżkę, tyle, że nie zamierzała jej używać, zdecydowanie wolałaby, żeby wszystko odbyło się bez niepotrzebnych atrakcji. Lokalizacja tego miejsca zachęcała do wyboru najmniej dramatycznego rozwiązania, nie to, że Trixie nie wolałaby jej zabić, bo na pewno sprawiłoby jej to większą przyjemność, ale sytuacja była, jaka była i musiała to zaakceptować.
- Dzień dobry. - Odparła, gdy tylko drzwi się otworzyły, jednak Vivienne zalała ją potokiem słów. Och, jaka dobra była z niej żona, ciekawe, że niektóre kobiety tak bardzo chciały usługiwać swoim mężom. Ona sama miała tylko jedną osobę wobec której była w stanie ulegać. Był to jej mistrz, dla którego się tutaj znalazła. Musiała dowiedzieć się, co się stało z Alanną Carrow.
- Nie ma pani za co przepraszać, nie zapowiedziałam się, nie mogła się pani spodziewać mojej wizyty. - Powiedziała bardzo powoli, spokojnym tonem głosu.
Nie przyglądała się specjalnie mocno Vivianne, nie obchodziło jej to, jak wygląda, skupiona była na swoim celu. Dowiedzieć się wszystkiego, co wydarzyło się przed tym, jak uciekła. Nie wykonała zadania od Czarnego Pana, daczego? Wystraszyła się, a może po prostu chciała odejść, może coś poszło nie po jej myśli i się wystraszyła. Co by nie myślała o Alannie, to nie mogła jej odmówić tego, że była odważna. Postanowiła uciec, mając świadomość, że Mistrz będzie jej szukał, że wypuści swoje pieski, które mu ją wywęszą, może była po prostu głupia? Łudziła się, że jej nie znajdą. Odwaga często szła w parze z głupotą.
- Przepraszam, że panią niepokoję. - Zaczęła grzecznie, Bellatrix była nauczona dobrych manier, potrafiła się zachować. - Sprowadziło mnie tu pewne wydarzenie, moja przyjaciółka... - odetchnęła, aby wprowadzić nieco dramatyzmu. - zaginęła. - Smutna minka numer dwa pojawiła się na jej twarzy.