28.02.2024, 12:29 ✶
Nie spodziewał się, że Robert tak szybko postanowi zostać z nim sam na sam. Po prawdzie to podejrzewał, że już do końca życia będzie musiał użerać się z jego gorszym bliźniakiem, który potężnie działał mu na nerwy. Gdy był przy Robercie, mógł jasno myśleć: działać, analizować, planować. Czuł się przy nim komfortowo mimo tego, co zaszło jeszcze w czerwcu. Jednak gdy na horyzoncie pojawiał się Richard... Coś wyłaziło z Rodolphusa. Ta spychana w odmęty mroku strona, ten głos który kazał prowokować drugiego z Mulciberów, mimo że wiedział, że powinien trzymać gębę na kłódkę. To nie sprzyjało działaniu i doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale po prostu dostawał piany, gdy Richard pojawiał się obok. Słusznie mu nie ufał, ale sposób, w jaki to okazywał, ten wzrok który na sobie czuł, przypominał jego własny. Mógłby się hamować, ale shame on him: Rodolphus także się nie powstrzymywał. Tkwili więc w tym dziwnym impasie, zakleszczeni, podczas gdy żaden z nich nie chciał odpuścić. Przecież gdyby nie Robert, to niechybnie by się pozabijali.
Lestrange westchnął ciężko. Oczywiście, że nie miał przy sobie świstoklika. Po co miałby go brać, gdy wybierał się na tę niecodzienną wycieczkę z Robertem? Na kolejną, podczas której Mulciber nie dzielił się z nim planami, które opracował. Szło się przyzwyczaić.
- Nie mam, nie noszę go przy sobie ze względów bezpieczeństwa - odpowiedział zgodnie z prawdą. Przecież gdyby ktoś postanowił go przeszukać i dotknął spinek, znalazłby się w gabinecie Roberta. Łatwo byłoby połączyć jedno z drugim, dodać dwa do dwóch.
Nie mówił nic więcej. Zerknął kontrolnie na Roberta, ale jego uwagę szybko przyciągnął odgłos grzmotu. Liczył w myślach do pojawienia się pierwszej błyskawicy. Raz, dwa, trzy... Zaczęło padać. Lestrange odruchowo przeczesał palcami czarne włosy, zaczesał je do tyłu, wypuszczając ze świstem powietrze. Burza zbliżała się w zaskakującym tempie, a i tak była blisko. Nic nie zapowiadało, by miało dzisiaj padać: również był nieprzygotowany, bo przecież był środek lata. Machnął różdżką, wyczarowując dla siebie płaszcz, a następnie po raz kolejny, by nad nim i Robertem rozpostarł się niewidzialny parasol, odbijający coraz mocniej uderzające krople, spadające gwałtownie z nieba. Narzuta, którą okrył się Robert, na nic się zda w przypadku burzy, ale nie komentował tego. Jeszcze tego mu brakowało: chorego Mulcibera, najlepiej z gorączką, którym będzie trzeba się opiekować. Wbrew pozorom to nie był tak miły obraz, jak niektórzy chcieliby, by był. Rodolphus nie lubił słabości i nie chciał go widzieć w takim stanie.
- Spróbuję się teleportować i poinformuję Richarda - rzucił, a potem machnął różdżką. Nic się jednak nie stało. Lestrange zmrużył nieco oczy, a potem spróbował ponownie. I ponownie. Kurwa. - Albo i nie.
Dorzucił, patrząc na narzędzie jak na coś, co go właśnie zdradziło. Ale przecież zaklęcia działały, każde inne. Nie działał tylko świstoklik oraz teleportacja. Co tu się właśnie działo? Czy to jedna z tych anomalii, o których kiedyś słyszał? Bo to niemożliwe, żeby nagle tu utknęli, może nie byli asami z zaklęć związanych z translokacją, ale bez przesady.
- To był twój pomysł, ty więc wybierasz. Idziemy, czy wracamy do twojej żony? - wolałby pierwszą opcję, tak szczerze. Bo spędzenie nocy z Henriettą nie było szczytem jego marzeń. Była zahipnotyzowana, w takim stanie, że gdyby wrócili do posiadłości, wszystko mogłoby się posypać. Powrócił spojrzeniem do Roberta, unosząc nieco brew na ten niespodziewany wybuch przed wyczarowaniem narzuty. Dlaczego się tak wściekał i tracił panowanie nad sobą? Przecież to tylko mała przeszkoda, kamyczek który pokonają bez trudu. Nawet jeśli będą musieli iść nocą przez pola. Bo do lasu nie miał zamiaru wchodzić podczas burzy, nie był skończonym kretynem.
Lestrange westchnął ciężko. Oczywiście, że nie miał przy sobie świstoklika. Po co miałby go brać, gdy wybierał się na tę niecodzienną wycieczkę z Robertem? Na kolejną, podczas której Mulciber nie dzielił się z nim planami, które opracował. Szło się przyzwyczaić.
- Nie mam, nie noszę go przy sobie ze względów bezpieczeństwa - odpowiedział zgodnie z prawdą. Przecież gdyby ktoś postanowił go przeszukać i dotknął spinek, znalazłby się w gabinecie Roberta. Łatwo byłoby połączyć jedno z drugim, dodać dwa do dwóch.
Nie mówił nic więcej. Zerknął kontrolnie na Roberta, ale jego uwagę szybko przyciągnął odgłos grzmotu. Liczył w myślach do pojawienia się pierwszej błyskawicy. Raz, dwa, trzy... Zaczęło padać. Lestrange odruchowo przeczesał palcami czarne włosy, zaczesał je do tyłu, wypuszczając ze świstem powietrze. Burza zbliżała się w zaskakującym tempie, a i tak była blisko. Nic nie zapowiadało, by miało dzisiaj padać: również był nieprzygotowany, bo przecież był środek lata. Machnął różdżką, wyczarowując dla siebie płaszcz, a następnie po raz kolejny, by nad nim i Robertem rozpostarł się niewidzialny parasol, odbijający coraz mocniej uderzające krople, spadające gwałtownie z nieba. Narzuta, którą okrył się Robert, na nic się zda w przypadku burzy, ale nie komentował tego. Jeszcze tego mu brakowało: chorego Mulcibera, najlepiej z gorączką, którym będzie trzeba się opiekować. Wbrew pozorom to nie był tak miły obraz, jak niektórzy chcieliby, by był. Rodolphus nie lubił słabości i nie chciał go widzieć w takim stanie.
- Spróbuję się teleportować i poinformuję Richarda - rzucił, a potem machnął różdżką. Nic się jednak nie stało. Lestrange zmrużył nieco oczy, a potem spróbował ponownie. I ponownie. Kurwa. - Albo i nie.
Dorzucił, patrząc na narzędzie jak na coś, co go właśnie zdradziło. Ale przecież zaklęcia działały, każde inne. Nie działał tylko świstoklik oraz teleportacja. Co tu się właśnie działo? Czy to jedna z tych anomalii, o których kiedyś słyszał? Bo to niemożliwe, żeby nagle tu utknęli, może nie byli asami z zaklęć związanych z translokacją, ale bez przesady.
- To był twój pomysł, ty więc wybierasz. Idziemy, czy wracamy do twojej żony? - wolałby pierwszą opcję, tak szczerze. Bo spędzenie nocy z Henriettą nie było szczytem jego marzeń. Była zahipnotyzowana, w takim stanie, że gdyby wrócili do posiadłości, wszystko mogłoby się posypać. Powrócił spojrzeniem do Roberta, unosząc nieco brew na ten niespodziewany wybuch przed wyczarowaniem narzuty. Dlaczego się tak wściekał i tracił panowanie nad sobą? Przecież to tylko mała przeszkoda, kamyczek który pokonają bez trudu. Nawet jeśli będą musieli iść nocą przez pola. Bo do lasu nie miał zamiaru wchodzić podczas burzy, nie był skończonym kretynem.