— Dobry chłopiec — powiedział niższym głosem niż zwykle, też wstając z miejsca i obejmując w pasie Neila, gdy ten robił herbatę. Niby nie chciał mu przeszkadzać, ale niebiańskie dłonie pozostawały niespokojnie łakome, oczekując niemal wulgarnej responsywności na pieszczotę, w sumie bardzo prostą, bo dostępną przez brak koszulki drugiego czarodzieja. Morpheus lekko drapał go odrastającym zarostem po karku i szyi, gdy składał na bladej skórze pocałunki. Trochę jak w przypadku niezwykłości rysów twarzy Potterów, szybko odrastający zarost stanowił dziedzictwo mocno kojarzące mu się z brodatym ojcem; sądził, że to jakieś geny z dawnych czasów. Drzewo genealogiczne rodów czystokrwistych łączyło korzenie i korony w jedną całą, jak kołacz, nie drzewo. Każdy był z kimś spokrewniony i po czterech pokoleniach już udawano, że wcale nie.
— Najpierw ty, a później deser? — zaproponował, niemal mruknięciem, zahaczając zębami o jego ucho, przecież herbata i tak musiała ostygnąć, co nie działo się tak prędko o tej porze roku. — Możemy tak zrobić, a później wyślesz mnie do pracy z czułym pożegnaniem?
Czy Morpheus właśnie postanowił odwiedzić swojego kochanka w czasie, w którym Ministerstwo płaciło mu za pracę? Owszem. Morpheus miał nienormowany czas pracy, który powodował, się nie musiał chodzić na konkretne dyżury ani od ósmej do czwartej. To oczywiście powodowało takie sytuacje, jak opuszczenie urodzin czy jakichś świąt w rodzinnym gronie, ponieważ działo się coś ważnego, do czego wymagano jego konsultacji. Wiele lat doświadczenia w zawodzie sprawiały, że był coraz bardziej i bardziej potrzebny. Neil stanowił miłą odskocznię od obowiązków i napięcia z nimi związanego. Musiał jednak się jeszcze odczarować.
Mógł poudawać, zostać wystawionym za drzwi jak dobry mąż, który najpierw zrobił swojej ukochanej z nóg galaretę. Zresztą, planował właśnie tak zrobić z Neilem. Nie zamierzał nawet przechodzić do sypialni, stół wystarczy aż nadto na ich potrzeby. Zawsze mógł odkupić, jeśli się złamie.
Przylgnął do pleców Neila, drażniąc skórę lekko szorstkim lnem. Napawał się zapachem jego skóry. Lubił ten lekko kwaśna wiń życia, prawdziwości, lata, nie tylko zupełnie czystej skóry. Było w tym coś niezywkle pobudzającego, przyjemność z obcowniania z samą taką formą bliskości, nawet jeżeli kradzioną. Wplątał palce we włosy Neila i gwałtownie odciągnął jego głowę do tyłu.
— Pamiętaj, będziesz musiał być cicho albo zatkam ci usta. — Obietnica czy przestroga? Może oba.