28.02.2024, 18:52 ✶
Idę z Vincentem napić się wina i na parkiet.
– Chciałabym zgonić to na drinka – powiedziała Florence, spoglądając w zamyśleniu na szklankę. – Ale prawda jest taka, że spytałam o to, o co spytać i tak chciałam i czego pewnie próbowałabym dowiedzieć się w inny sposób – dodała z westchnieniem, a potem jej wzrok znów umknął w stronę parkietu, ku Atreusowi. Pytanie, co tu robił, trochę ją dręczyło, ale jemu chyba nawet po magicznym drinku nie zadałaby pytania aż tak wprost. Nie, skoro Patrick jej zaufał.
– Niemniej, pozostawię dalsze sięganie po te drinki bardziej chętnym do wielkich emocji – dodała, uśmiechając się lekko. – Och, Vincencie, sądzisz, że zakazy na mnie podziałają? Twój brat już tego próbował – oświadczyła, a jej ton na moment nabrał surowości: była to jednak surowość udawana.
Florence Bulstrode była uparta jak stado diabłów. Zmuszenie jej do zrobienia czegoś, czego zrobić nie chciała, było bardzo trudne, a powstrzymanie przed zrobieniem czegoś, co zrobione jej zdaniem być powinno, już chyba niemożliwe. Jednocześnie jednak Vincent nie musiał się obawiać. Nie miała natury wojownika, a swoje ambicje skupiała w innym miejscu. Nigdy nie stanęłaby po tej drugiej stronie, bo leczyła każdego, ale jednocześnie wcale nie była naturalnym materiałem dla Zakonu – na mugolaków patrzyła z odrobiną sceptycyzmu, jak na osoby rozdarte między światami.
Do oferty pomocy skłoniły ją Beltane i lojalność wobec przyjaciela.
Podniosła się z miejsca. Florence nigdy jakoś szczególnie nie rwała się do tańca, ale i nie miała nic przeciwko niemu – przynajmniej póki melodie nie były bardzo szybkie. Tańczyła z krewnymi wiele razy, więc i teraz poszła bez protestów z Vincentem najpierw napić się łyk wina, a potem na parkiet.
– Uważaj na siebie, proszę – mruknęła jeszcze cicho, ujmując go w pewnym momencie pod rękę, i rzecz jasna nie chodziło o obawę, że podepcze mu stopy. Bo nie zamierzała pytać, ale nie musiała dostawać żadnych odpowiedzi ani sięgać po umiejętność jasnowidzenia, aby wiedzieć: Vincent Prewett znalazł się teraz w większym niebezpieczeństwie niż wcześniej.
– Chciałabym zgonić to na drinka – powiedziała Florence, spoglądając w zamyśleniu na szklankę. – Ale prawda jest taka, że spytałam o to, o co spytać i tak chciałam i czego pewnie próbowałabym dowiedzieć się w inny sposób – dodała z westchnieniem, a potem jej wzrok znów umknął w stronę parkietu, ku Atreusowi. Pytanie, co tu robił, trochę ją dręczyło, ale jemu chyba nawet po magicznym drinku nie zadałaby pytania aż tak wprost. Nie, skoro Patrick jej zaufał.
– Niemniej, pozostawię dalsze sięganie po te drinki bardziej chętnym do wielkich emocji – dodała, uśmiechając się lekko. – Och, Vincencie, sądzisz, że zakazy na mnie podziałają? Twój brat już tego próbował – oświadczyła, a jej ton na moment nabrał surowości: była to jednak surowość udawana.
Florence Bulstrode była uparta jak stado diabłów. Zmuszenie jej do zrobienia czegoś, czego zrobić nie chciała, było bardzo trudne, a powstrzymanie przed zrobieniem czegoś, co zrobione jej zdaniem być powinno, już chyba niemożliwe. Jednocześnie jednak Vincent nie musiał się obawiać. Nie miała natury wojownika, a swoje ambicje skupiała w innym miejscu. Nigdy nie stanęłaby po tej drugiej stronie, bo leczyła każdego, ale jednocześnie wcale nie była naturalnym materiałem dla Zakonu – na mugolaków patrzyła z odrobiną sceptycyzmu, jak na osoby rozdarte między światami.
Do oferty pomocy skłoniły ją Beltane i lojalność wobec przyjaciela.
Podniosła się z miejsca. Florence nigdy jakoś szczególnie nie rwała się do tańca, ale i nie miała nic przeciwko niemu – przynajmniej póki melodie nie były bardzo szybkie. Tańczyła z krewnymi wiele razy, więc i teraz poszła bez protestów z Vincentem najpierw napić się łyk wina, a potem na parkiet.
– Uważaj na siebie, proszę – mruknęła jeszcze cicho, ujmując go w pewnym momencie pod rękę, i rzecz jasna nie chodziło o obawę, że podepcze mu stopy. Bo nie zamierzała pytać, ale nie musiała dostawać żadnych odpowiedzi ani sięgać po umiejętność jasnowidzenia, aby wiedzieć: Vincent Prewett znalazł się teraz w większym niebezpieczeństwie niż wcześniej.