Lukrowane promienie słońca igrały z alabastrem jej skóry, z bielą nieskazitelną sukienki ażurem umykającej nad kolanem, z jasnymi, błękitnymi oczami, w których szalały obfite w pioruny burze, aby po chwili przejść w niezachwianą stateczność spokojnej toni morskiej; błękit nieba zamknięty w jednym, krótkim wzroku, po którym szybowała biała wata cukrowa.
Letnia pora obfitowała w zieleń listowia i barwne elegie kwiatów, którym wtórowały świerszcze, igrając w gęstwinach traw. Jej stosunek do pory ciepłej, sennie bezsennej, pozostawał skrajnie romantyczny do tej pory; wiedziała, że wówczas dzieją się rzeczy magiczne i obfitujące w piękno i to nie świąteczna jemioła wprawia w miłosny nastrój – to gęstwiny zielonych traw, kojący szum drzew podrygujących pod władaniem wiatru, milczące, acz tchnące błękitem niebo sprowadzały istnie urokliwą atmosferę. Może gdyby nie była tak egzaltowaną romantyczką, może wówczas spozierałaby ze swojej postury elfa ze zgoła inną, lepką pragmatycznością.
Uśmiechnęła się niepewnie, drżącymi kącikami ust.
– Effimery – rozjaśniła, błyskając perłami zębów.
Wypuść tchnienie z moich płuc i powiedz mi jedno; to, co niezachwiane. Dlaczego niebo budzi się do życia o poranku i dlaczego ustępuje tronu nocy. Dlaczego moje uczucia są tak miękkie i kowalne w obróbce, dlaczego cierpię w imię miłości wieczystej i dlaczego moje serce jest tak skłonne do podrygów. Poznaj mnie i zdradź mi.
– Ach, kuzyn wysłał mnie na wakacje do rodziny w Dolinie Godryka. Lubię tu przychodzić wieczorami, latem są miłe jarmarki. Można odetchnąć prawdziwie letnim powietrzem, nie to co w Londynie. Dziwne, że jeszcze się nie spotkaliśmy – chadzam polanami dosyć regularnie, lubię otoczenie natury. Pańskie też lubię, oczywiście – dodała, pesząc się odrobinę. – Wino lubię białe – odparła, zmieniając temat.
Poszła za Samuelem do jednego ze straganów, opierając się bokiem o blat.
– Nie mam szczęścia do miłości – rzekła, myślami odbiegając do tych wszystkich chłopców, którzy łamali jej serce – Louvain, Theodore, Billy… można było utworzyć z ich sumy całą wartką rzekę życiowych rozczarowań i niepowodzeń.
– A pan? – zabrzmiała pytaniem.