28.02.2024, 19:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.02.2024, 19:20 przez Samuel McGonagall.)
Wziął dwa kubki, proste, drewniane, wypełnione białym winem i podał jej ciekawy, czy będzie odpowiadał jej jego smak. Kwaskowaty, lekko słodki, kwiatowy na podniebieniu. Tego najbardziej mu brakowało w dziczy, bo choć robił swoje piwo, to jednak wino... w winie było coś poetyckiego, wino przypominało mu baśń, z zamkiem i klątwą, z ukrytą słodką obietnicą, lub cierpką prawdą o życiu.
Był jej ciekaw, szukał w pamięci czy miał okazję... i rzeczywiście, nie z tej perspektywy, ale kiedy jego ciało przyoblekała ptasi frak, gdy wznosił się ponad szczyty drzew... Wtedy zdarzało mu się widzieć swoim czujnym krogulczym ślepiem ludzi, których ciągnął zew puszczy. Dzika, nieujarzmiona jeszcze natura, chroniąca się kolcami i zasadzkami pośród cierni, potrafiła zachwycać słodyczą i miękkością polan takich jak ta, po której zdarzało się sennie tańczyć ku chwale Sylvanusa istotom takim jak Effimery. Kojarzyły się one Samowi z driadami lub nimfami, ale najbardziej... z motylami i ćmami. To proste skojarzenie wystarczyło, by zaczął postrzegać jej ażurową sukienkę jako delikatne, oprószone barwnikiem skrzydła, by dłoń widzieć jak drobną nóżkę owada delikatnie stąpającego po płatkach obiecujących słodki nektar wewnątrz nocnego kwiatu.
– Być może spotkaliśmy się już, uśpieni snem letniej nocy pośród drzew. Knieja to zaborcza pani, ale gdy ktoś odda jej kawałek duszy... Połączony będzie z nią w słodkiej komunii i tęsknić będzie, znajdując się tutaj, kilka metrów stąd. Ja tęsknię, a Ty...? – zapytał wzdychając, a słodycz wina zdała mu się pełną goryczy. Odwrócił głowę od kierunku, gdzie poszumem kusiła linia lasu i uśmiechnął się przepraszająco, pierw do swoich stóp, a potem do ślicznej twarzyczki jego towarzyszki.
– Ja też nie mam się czym pochwalić. Oddałem swoje serce puszczy, lecz teraz jesteśmy rozdzieleni, a ja nie mogę jej obronić. Czy więc kocham prawdziwie, skoro brak mi odwagi i mocy by stawić czoło cieniom? – zapytał zupełnie serio, niepomny trwającej wkoło wesołości, niepomny tego, że mieli zapomnieć o zmartwieniach, a nie drążyć w nich, posypywać solą wciąż świeże rany...
Muzyka zmieniła się, nagle ludzie ruszyli do sceny gdzie stali muzykanci i zaczęto wołać, szukać chętnych do konkursu par. Nagrodą była butelka białego wina, które teraz pili. Czy taki nektar wystarczy na pokusę?
– Co myślisz? – zapytał nagle wskazując na prowizoryczną scenę. – Więcej wina brzmi jak dobry pomysł na dzisiejszy wieczór. – zasugerował dopijając swoje, próbując nie myśleć o krwawiącej leśnej kochance pozostawionej za plecami.
Był jej ciekaw, szukał w pamięci czy miał okazję... i rzeczywiście, nie z tej perspektywy, ale kiedy jego ciało przyoblekała ptasi frak, gdy wznosił się ponad szczyty drzew... Wtedy zdarzało mu się widzieć swoim czujnym krogulczym ślepiem ludzi, których ciągnął zew puszczy. Dzika, nieujarzmiona jeszcze natura, chroniąca się kolcami i zasadzkami pośród cierni, potrafiła zachwycać słodyczą i miękkością polan takich jak ta, po której zdarzało się sennie tańczyć ku chwale Sylvanusa istotom takim jak Effimery. Kojarzyły się one Samowi z driadami lub nimfami, ale najbardziej... z motylami i ćmami. To proste skojarzenie wystarczyło, by zaczął postrzegać jej ażurową sukienkę jako delikatne, oprószone barwnikiem skrzydła, by dłoń widzieć jak drobną nóżkę owada delikatnie stąpającego po płatkach obiecujących słodki nektar wewnątrz nocnego kwiatu.
– Być może spotkaliśmy się już, uśpieni snem letniej nocy pośród drzew. Knieja to zaborcza pani, ale gdy ktoś odda jej kawałek duszy... Połączony będzie z nią w słodkiej komunii i tęsknić będzie, znajdując się tutaj, kilka metrów stąd. Ja tęsknię, a Ty...? – zapytał wzdychając, a słodycz wina zdała mu się pełną goryczy. Odwrócił głowę od kierunku, gdzie poszumem kusiła linia lasu i uśmiechnął się przepraszająco, pierw do swoich stóp, a potem do ślicznej twarzyczki jego towarzyszki.
– Ja też nie mam się czym pochwalić. Oddałem swoje serce puszczy, lecz teraz jesteśmy rozdzieleni, a ja nie mogę jej obronić. Czy więc kocham prawdziwie, skoro brak mi odwagi i mocy by stawić czoło cieniom? – zapytał zupełnie serio, niepomny trwającej wkoło wesołości, niepomny tego, że mieli zapomnieć o zmartwieniach, a nie drążyć w nich, posypywać solą wciąż świeże rany...
Muzyka zmieniła się, nagle ludzie ruszyli do sceny gdzie stali muzykanci i zaczęto wołać, szukać chętnych do konkursu par. Nagrodą była butelka białego wina, które teraz pili. Czy taki nektar wystarczy na pokusę?
– Co myślisz? – zapytał nagle wskazując na prowizoryczną scenę. – Więcej wina brzmi jak dobry pomysł na dzisiejszy wieczór. – zasugerował dopijając swoje, próbując nie myśleć o krwawiącej leśnej kochance pozostawionej za plecami.