Życie Victorii Lestrange nie było łatwe – nie po tym, jak w maju zrobiło gwałtowny, ostry zakręt i to ze stromej górki w dół, a teraz jechała właściwie bez trzymanki. Zamiast hamować, tylko się rozpędzała i tylko czekała, aż wypadnie z tego cholernego wagonika, a wtedy na pewno wywali się na ten głupi ryj i zdechnie. Tak jak powinna była zdechnąć w maju. Czy jej rodzinę to w ogóle obeszło? Było o tym sporo w gazetach, musiało być, ona i reszta Zimnych pogwałcili wszystkie znane prawidła czarodziejskie, a wedle medycznej wiedzy ich przeżycie było cudem. Prawdziwym, cholernym cudem. Mieli umrzeć, a żyli, a ich egzystencja podobna była nieumarłym… I równie mocno się od nich różniła. Było więc o tym głośno, ale czy jej rodzina jakoś się tym przejęła? Czy ktokolwiek ją odwiedził, czy napisał zapytać jak się czuje? Albo po tym, jak cała we krwi trafiła do Munga i wystraszyła kilkoro pracowników, a potem przez tydzień nie wróciła do pracy? Albo po tym, gdy opublikowano wywiad z nią na łamach proroka Codziennego? Czy Lestrange się przejęli? Ach… Tak. Jej matka i ojciec. I młodsza siostra. Oni się przejęli. Może trochę przejął się też Vasilij Dolohov… Albo tylko udawał – ale lepsze to niż… cisza. Rozstanie z narzeczonym to był tylko przecinek, ewentualnie kropka nad i, nic wielkiego… Nie w obliczu reszty wydarzeń, jakie targały jej dotychczas poukładanym życiem.
A jednak, gdy dostała wiadomość od Rodolphusa, miast ją zgnieść i wyrzucić do kosza na śmieci albo prosto w ogień zapalony w kominku, chociaż rozważała to, by go odwiedzić.
Bo gdyby się nic nie działo, to przecież by nie napisał, nie tak? W swej kobiecej przekorze miała ochotę się na niego wypiąć i to wszystko olać, i w pierwszej chwili nawet pomyślała, że tak właśnie zrobi. I gdyby to był ktokolwiek inny, niż członek jej rodziny, to pewnie właśnie tak by się to skończyło. Ale miała wpojoną lojalność do nazwiska, niezależnie od tego, czy zamierzała dalej tańczyć jak rodzice jej zagrają, czy nie, ostatecznie… krew nie woda. Aż wywróciła oczami, zła na siebie, kiedy to sobie uświadomiła – to, że przecież tego nie zignoruje i po prostu pójdzie zobaczyć, o co w ogóle chodzi. Najwyżej wróci do domu po dwóch minutach, ale przynajmniej będzie miała czyste sumienie.
I właśnie dlatego w końcu znalazła się na Alei Horyzontalnej pod wskazanym adresem. I jak zawsze roztaczała wokół siebie tę aurę chłodu (i wcale nie chodziło o to, że była zimna jak trup, gdyby tylko ją dotknąć) i wycofania. W delikatnej, chabrowej, zwiewnej sukience, kończącej się tuż nad kolanem – pewnie równie drogiej, co niektóre modele mioteł. Jej przybycie zwiastowało ciche pukanie do drzwi. Prócz torebki narzuconej na ramię, miała ze sobą kolorową torebeczkę, uznawszy, że nie wypada przyjść z pustymi rękoma. Dlatego przyniosła ze sobą wino z dobrego rocznika – już Rodolphus zrobi z tym, co zechce.