Schudła – to pewnie było pierwsze, co rzuciło się w oczy Cynthii. Nie widziały się już jakiś czas, a Victoria żyła w takim stresie, po pobycie w Limbo i wszystkiego tego konsekwencjami, po ataku we śnie, po próbie samobójczej Sauriela, po zerwaniu zaręczyn, po ataku na New Forest, gdzie spędziła nadprogramowo dobę – że to zwyczajnie musiało odbić się na jej zdrowiu i wyglądzie. Starała się wysypiać; przestała się już wzbraniać i każdorazowo kładąc się do łóżka piła odrobinę eliksiru nasennego. Potrzebowała tego. Bała się, że jeśli będzie się zapędzać w ciągła pracę bez odpoczynku, to energia jaka ukradła dla siebie w Limbo skończy się jeszcze szybciej i nie będzie miała nawet szansy na to, by odkręcić ten cały cyrk.
Ale nie dało się zaprzeczyć, że tliła się w kobiecie też pewna radość, ulga. A związane to było z tym, że wyrwała się z domu. Że pomimo atmosfery i sytuacji, jej rodzina nie tupnęła nogą i nie kazali jej zostać – bo Merlin jej świadkiem, że zostałaby i tkwiłaby w tym nieszczęściu. Ale chyba musieli to zauważyć w końcu, jak wiele jej ciąży, jak źle się działo. Jak mało mogła mieć czasu… nawet jej twarda matka, po której odziedziczyła lwia część charakteru (a która to stronę chowała głęboko przed światem) się zatrzęsła. Nawet ona w końcu odpuściła i wypuściła tego ptaszka ze złotej klatki. A to był dla Victorii Lestrange ogromny krok. Milowy wręcz.
Cieszyła się na spotkanie z Cynthią. Chciała jej tak wiele powiedzieć, a praktycznie nic z tego nie nadawało się na przekazanie w liście. I w końcu się udało – znaleźć dogodny dla nich termin i mieć blondyneczkę tylko dla siebie. Tutaj, na Pokątnej, nie w małym mieszkaniu, tylko w całej kamienicy – bo przecież gdy Tori kupowała coś dla siebie to nie musiała ciąć po kosztach i kupiła od razu całość. Za duże jak na jedną osobę – ale co z tego, gdy wychowana była w pieniądzach i przepychu? Odremontował całość, wykosztowała się dodatkowo za szybką pracę, ale przynajmniej było tu tak, jak chciała. Cześć ścian była jasna, część ciemna, drewno, kamień, meble raczej ciemne, rozjaśniane ewentualnymi dodatkami. I kwiaty. Wszędzie było dużo roślin. Część z nich zabrana została z domu w Dolinie Godryka, część wyglądała na nowe. Sukulenty, palemki, w całym domu było chyba kilkanaście różnych odmian kalatei, łańcuchy serc i inne. Była też kolorowa psianka, trująca jak diabli, stojąca w salonie na pierwszym piętrze, do którego zaprowadziła Cynthię. Okna były po części osłonięte ciężkimi zasłonami, chcąc uchronić wnętrze przed ciepłem.
- Mam. Nawet aż za bardzo – nie to żeby była bardzo głodna, bardziej po prostu czuła potrzebę się napić. Zresetować. Uśmiechnęła się do Cynthii, w wyuczonym odruchu powstrzymując na moment przed przytulaniem się do niej, przez wzgląd na własny chłód, którym ciągle biła po otoczeniu. Ale musiała. Potrzebowała. Dlatego na krótką chwilę objęła przyjaciółkę, zaraz oddając jej przestrzeń, która tak niecnie zagarnęła dla siebie. - Ciebie też. Rozgość się – sama też przyglądała się Cynthii, chcąc spróbować wywnioskować co się u niej ostatnio działo. Czy udało jej się przerwać efekt cholernego rytuału z Beltane? Czy może przeszło samo? Jak się czuła, co porabiała… miały mieć cały wieczór (i może noc), by wszystko nadrobić i nadgonić. I nikt nie będzie im przeszkadzał. Nikt. - Ładna ta sukienka – zauważyła. Sama, o dziwno, nie była w sukience, a w spodniach i nieco bardziej wyzywającej, czarnej koszuli, która miejscami mocno prześwitywała, pozwalając dostrzec pod cienkim materiałem jej stanik. Victoria ewidentnie eksperymentowała ze swoim ubiorem, skoro wyrwała się z domu, spod oceniającego spojrzenia matki.
Widząc te wszystkie dobroci, które Cynthia wykładała na stół, machnęła różdżka, by przywołać do nich zastawę; talerze, miski, miseczki, sztućce, kieliszki, szklanki… wszystko, czego tylko będą potrzebowały. W mieszkaniu nie było całkiem cicho, grało radio, choć nienachalnie głośno, a odłożony na mały stolik w rogu pokoju notatnik sugerował, że być może jeszcze przed chwilą Victoria coś sobie notowała.
- Gulasz. Makaron może być później – stwierdziła po prostu i nałożyła sobie odpowiednią ilość na talerz, pomagając sobie różdżką. Spojrzała też wymownie na Cynthię, gotowa zrobić dla niej to samo. Drinki… może powinny zacząć na razie od wina do bardzo późnego obiadu? Zresztą jak pomyślała, tak przywołała butelkę czerwonego, półwytrawnego wina i nalała do dwóch kieliszków. - Chcesz odpowiedzi oficjalnej czy szczerej? – zapytała i nieco zmęczona, kątem oka spojrzała na czarownice, powoli siadając sobie na kanapie przy stoliku, gdzie wyłożyły się ze wszystkim. - Odpowiedzi niestety różnią się znacząco – odparła z przekąsem i sięgnęła po kieliszek z winem. Na razie z winem. - Oficjalnie brzmi to tak: może być – nie było ją nawet stać na to, by oficjalnie było wszystko dobrze. Uśmiechnęła się pod nosem. - A ty? W pracy dobrze? – zaczęła krótka wyliczankę. - Poradziłaś sobie z tą idiotyczną magią? – dodała znacznie cieplej, miękko patrząc na Flintównę.