28.02.2024, 23:06 ✶
Nie mógł pozwolić, aby się wywaliła. Anthony w całym swoim łobuzerstwie i flirciarskim obyciu, miał mnóstwo szacunku do kobiet — cóż, nie w każdej sytuacji się to sprawdzało i nie każda na takowy zasługiwała, ale zwykle był tym typem mężczyzny, który przenosił przez kałużę i któremu nie można było niczego złego zarzucić. Starał się bardziej z nawyku niż z chęci, chociaż każde potencjalne ratowanie damy z opresji mogło doprowadzić do serii niefortunnych, aczkolwiek przyjemnych wydarzeń. Gdyby ktoś widział, jak Panna Greengrass uderza nosem o posadzkę, śmiałaby się z niej cała śmietanka towarzyska magicznego Londynu, a on nie mógł na to pozwolić.
- Całe szczęście, bo musiałbym Panią zabrać do Munga. - uśmiechnął się do niej nonszalancko, puszczając jej oczko. Od całego tego niespodziewanego ruchu, nieco poluzowała mu się mucha, a jeden z włosów uwolnił się z żelu, przez co niesforny lok wrócił mu na czoło. Omiótł ją spojrzeniem, gdy ją odstawił i schylił się po torebkę — największym plusem był fakt, że nie miała blond włosów. I miała zjawiskowe oczy. Więc warto było trochę nieuważnie chodzić, nawet jeśli przez kilka krótkich sekund mógł narazić jej dobre imię na szramę. Przynajmniej tak właśnie myślał, dopóki nie podniósł pierścionka, który wcale nie wypadł z torebki, a jak się okazało, spadł jej z głowy. Tosiek był członkiem bandy Borgina, dużo w życiu przeszedł i od razu wiedział, o co właściwie ze zbyt dużą biżuterią chodziło. Żadna szanująca się dama nie ubrałaby czegoś takiego na zaplanowane wyjście. Fakt, że była ładną, małą złodziejką sprawił, że oczy zaświeciły mu się z ekscytacją. Zwykle kleptomanek się unika, ale on podziwiał ją za odwagę. I jeszcze, gdy stara czarownica skomentowała werbalnie ten nieszczęsny pierścionek, który tak sztywno trzymał w palcach, klęcząc przed nią na jednym kolanie. Oh, los kochał z niego drwić i płatać mu figle, ale to wciąż było zbyt mało, aby zawstydzić lub zniechęcić do działania Anthonyego. Wystarczyło po prostu dostosować się do kart, które mu rzucano i jak najlepiej je wykorzystać. Uśmiechnął się więc pod nosem, zwilżając wargi. Nawet jeśli był nieco wkurwiony zaistniałą sytuacją, to wiedział, że nie mógł dać po sobie tego poznać. Zwłaszcza że ona zbladła i chyba trochę panikowała, co na szczęście można było przypisać nagłym zaręczynom, na które Borgin się zdecydował.
- Ależ ze mnie szczęściarz! - uśmiechnął się jeszcze ładniej, ujmując jej dłoń najdelikatniej, jak umiał. Wsunął jej pierścionek na palec, a potem ucałował jej wierzch, gładząc palcami. Wstał, poprawił garnitur i wręczył w jej wolną dłoń torebkę. Nie wyglądała, jakby była w stanie odpowiednio grać, więc postanowił przejąć kontrolę, co niespecjalnie mu przeszkadzało. Objął ją mocno w pasie, przyciągając do siebie, jakby chciał upewnić się, że znowu się nie wywali. Omiótł spojrzeniem przypadkowo zebrane towarzystwo i przekręcił głowę na bok. - Drodzy Państwo, bardzo dziękujemy za gratulację! Tylko mam prośbę.. Bo wiedza Państwo, jak to jest, miłość o głupia i nie mogłem już wytrzymać, a to przecież nie nasz wieczór. - wzruszył bezradnie ramionami, przywołując na swoją twarz wszystko to, co w jej mimice miał najsłodsze i niewinne. Jawnie kokietował towarzystwo, używał tonu, który zwykle stosował przy hipnozie i odpowiednio rozluźnił ciało, aby wyglądało naturalnie. Na tyle, ile ta kurwa szopka mogła być naturalna. - Prosiłbym więc o zachowanie tego w sekrecie. - przyłożył palec do ust i puścił oczko, owej starszej Pani od pierścionka, a potem spojrzał na swoją narzeczoną, jakby widział najpiękniejszą istotę na świecie. Słysząc jej słowa, nieco spoważniał i kiwnął głową. - Porwę teraz przyszłą żonę, bo chyba zbyt wiele wrażeń dzisiejszego wieczoru. Proszę dalej się dobrze bawić, miłego wieczoru.
Anthony niewiele myśląc, ujął ją delikatnie i wziął na ręce, pilnując, aby suknia się nie podwinęła. Wiedział, że to najlepszy sposób, aby kółeczko adoracji i zachwytu się rozeszło, robiąc im przejście. Znał ten dom, więc dziękując kiwnięciem głowy, poprawił ją sobie w dłoniach i ruszył korytarzem, skręcając potem dwa razy w lewo, gdzie dotarł do niewielkiego saloniku. Zawsze był otwarty, bo zwykle przesiadywali tu z chłopakami, gdy odwiedzali przyszłego Pana młodego. Pogrążony w półmroku pokój nie był trudny do przejścia, a szklane drzwi prowadzące na taras otworzył jedną ręką, czując przyjemnie rześkie powietrze na twarzy w momencie, w którym je otworzył. Odetchnął, odstawiając ją dopiero nieco dalej. Upewnił się, że stoi stabilnie i uniósł brew, a potem wybuchł śmiechem, kręcąc głową, wolną już ręką grzebiąc po kieszeni marynarki, aby znaleźć papierosa. - Nie sądziłem, mała złodziejko, że ten wieczór okaże się tak zaskakujący i pełen niespodzianek. Dobra jesteś. Chcesz jednego, kochanie? - zapytał słodko, wciąż rozbawiony, cofając się pół kroku na wszelki wypadek, ale paczkę z papierosami wysunął w jej stronę, gdyby miała się chęć poczęstować. Były mocne, ale magicznie pozbawione smrodu, dzięki czemu Tony w ogóle nie śmierdział. Wysunął papierosa, odczekując chwilę, zanim go zapali. Nie był pewien, czy nie dostanie w twarz, a szkoda, gdyby fajka się zmarnowała.
- Całe szczęście, bo musiałbym Panią zabrać do Munga. - uśmiechnął się do niej nonszalancko, puszczając jej oczko. Od całego tego niespodziewanego ruchu, nieco poluzowała mu się mucha, a jeden z włosów uwolnił się z żelu, przez co niesforny lok wrócił mu na czoło. Omiótł ją spojrzeniem, gdy ją odstawił i schylił się po torebkę — największym plusem był fakt, że nie miała blond włosów. I miała zjawiskowe oczy. Więc warto było trochę nieuważnie chodzić, nawet jeśli przez kilka krótkich sekund mógł narazić jej dobre imię na szramę. Przynajmniej tak właśnie myślał, dopóki nie podniósł pierścionka, który wcale nie wypadł z torebki, a jak się okazało, spadł jej z głowy. Tosiek był członkiem bandy Borgina, dużo w życiu przeszedł i od razu wiedział, o co właściwie ze zbyt dużą biżuterią chodziło. Żadna szanująca się dama nie ubrałaby czegoś takiego na zaplanowane wyjście. Fakt, że była ładną, małą złodziejką sprawił, że oczy zaświeciły mu się z ekscytacją. Zwykle kleptomanek się unika, ale on podziwiał ją za odwagę. I jeszcze, gdy stara czarownica skomentowała werbalnie ten nieszczęsny pierścionek, który tak sztywno trzymał w palcach, klęcząc przed nią na jednym kolanie. Oh, los kochał z niego drwić i płatać mu figle, ale to wciąż było zbyt mało, aby zawstydzić lub zniechęcić do działania Anthonyego. Wystarczyło po prostu dostosować się do kart, które mu rzucano i jak najlepiej je wykorzystać. Uśmiechnął się więc pod nosem, zwilżając wargi. Nawet jeśli był nieco wkurwiony zaistniałą sytuacją, to wiedział, że nie mógł dać po sobie tego poznać. Zwłaszcza że ona zbladła i chyba trochę panikowała, co na szczęście można było przypisać nagłym zaręczynom, na które Borgin się zdecydował.
- Ależ ze mnie szczęściarz! - uśmiechnął się jeszcze ładniej, ujmując jej dłoń najdelikatniej, jak umiał. Wsunął jej pierścionek na palec, a potem ucałował jej wierzch, gładząc palcami. Wstał, poprawił garnitur i wręczył w jej wolną dłoń torebkę. Nie wyglądała, jakby była w stanie odpowiednio grać, więc postanowił przejąć kontrolę, co niespecjalnie mu przeszkadzało. Objął ją mocno w pasie, przyciągając do siebie, jakby chciał upewnić się, że znowu się nie wywali. Omiótł spojrzeniem przypadkowo zebrane towarzystwo i przekręcił głowę na bok. - Drodzy Państwo, bardzo dziękujemy za gratulację! Tylko mam prośbę.. Bo wiedza Państwo, jak to jest, miłość o głupia i nie mogłem już wytrzymać, a to przecież nie nasz wieczór. - wzruszył bezradnie ramionami, przywołując na swoją twarz wszystko to, co w jej mimice miał najsłodsze i niewinne. Jawnie kokietował towarzystwo, używał tonu, który zwykle stosował przy hipnozie i odpowiednio rozluźnił ciało, aby wyglądało naturalnie. Na tyle, ile ta kurwa szopka mogła być naturalna. - Prosiłbym więc o zachowanie tego w sekrecie. - przyłożył palec do ust i puścił oczko, owej starszej Pani od pierścionka, a potem spojrzał na swoją narzeczoną, jakby widział najpiękniejszą istotę na świecie. Słysząc jej słowa, nieco spoważniał i kiwnął głową. - Porwę teraz przyszłą żonę, bo chyba zbyt wiele wrażeń dzisiejszego wieczoru. Proszę dalej się dobrze bawić, miłego wieczoru.
Anthony niewiele myśląc, ujął ją delikatnie i wziął na ręce, pilnując, aby suknia się nie podwinęła. Wiedział, że to najlepszy sposób, aby kółeczko adoracji i zachwytu się rozeszło, robiąc im przejście. Znał ten dom, więc dziękując kiwnięciem głowy, poprawił ją sobie w dłoniach i ruszył korytarzem, skręcając potem dwa razy w lewo, gdzie dotarł do niewielkiego saloniku. Zawsze był otwarty, bo zwykle przesiadywali tu z chłopakami, gdy odwiedzali przyszłego Pana młodego. Pogrążony w półmroku pokój nie był trudny do przejścia, a szklane drzwi prowadzące na taras otworzył jedną ręką, czując przyjemnie rześkie powietrze na twarzy w momencie, w którym je otworzył. Odetchnął, odstawiając ją dopiero nieco dalej. Upewnił się, że stoi stabilnie i uniósł brew, a potem wybuchł śmiechem, kręcąc głową, wolną już ręką grzebiąc po kieszeni marynarki, aby znaleźć papierosa. - Nie sądziłem, mała złodziejko, że ten wieczór okaże się tak zaskakujący i pełen niespodzianek. Dobra jesteś. Chcesz jednego, kochanie? - zapytał słodko, wciąż rozbawiony, cofając się pół kroku na wszelki wypadek, ale paczkę z papierosami wysunął w jej stronę, gdyby miała się chęć poczęstować. Były mocne, ale magicznie pozbawione smrodu, dzięki czemu Tony w ogóle nie śmierdział. Wysunął papierosa, odczekując chwilę, zanim go zapali. Nie był pewien, czy nie dostanie w twarz, a szkoda, gdyby fajka się zmarnowała.