Uniosła wyżej brwi, gdy mężczyzna tak po prostu jej się przedstawił, ale nie skomentowała tego nijak na głos, po prostu przez moment mu się przyglądało. Nie było komentarza dotyczącego jej wyglądu… Czarodzieje nie zwracali uwagi na ciemniejszy kolor skóry, ale mugole ciągle się tylko odwracali i coś tam szeptali, zaczęła się więc zastanawiać, czy nieznajomy nie jest jednak kimś z kręgu czarodziejów. Miała na uwadze, że w Dolinie Godryka żyją tez mugole, nawet kilku spotkała na ognisku 30 maja.
– Ginny. W sensie Ginewra – przedstawiła się Samowi, małpując jego styl zapoznania się niemal co do joty. Niemal. Na końcu się uśmiechnęła. Powinna dodać jeszcze do tego na końcu „w sensie Guinevere”, ale oszczędziła sobie tego malutkiego łamańca językowego, przynajmniej na ten moment. Jej imię tez było takim, którego u mugoli raczej próżno byłby spotkać. Jedna z nich nawet zwróciła na to uwagę, że wy, czarodzieje, macie takie dziwaczne imiona. Za to wg Ginny to mugole mieli takie... pospolite te imiona. Co druga to była Kate.
Spojrzała w kierunku wskazanym przez Sama, wprost na knieję, która szumiała w niedalekiej odległości, tam dalej, za wrzosowiskami. Knieja… las, gęsty las. Ptak leciał, zostawiał pisklę w gnieździe, nastawała ciemność. Nie wiedziała, czemu znowu przypomniał jej się ten obrazek i na momencik jej uśmiech spełzł, westchnęła leciuteńko, nim na powrót się uśmiechnęła.
– Tak… Tak słyszałam, że coś się stało po Beltane – kilka osób jej opowiadało, czytała też w gazetach, była tutaj, gdy na niebie jednocześnie widoczne było słońce i księżyc. Czy Dolina Godryka stawała się centrum dziwacznych zjawisk w Wielkiej Brytanii? Mogło tak być.
Nie pachniała Londynem, rzadko tam bywała. Pachniała czymś zupełnie innym; prócz jej ulubionych perfum przywiezionych jeszcze z Egiptu, przywodzących na myśl gorące słońce i odpoczynek w oazie, pachniała… Zwierzętami. Dużą ilością różnych zwierząt, bo jeszcze niedawno była w Ostoi, gdzie przebywała ogromna ilość zwierzęcych lokatorów. Ale prócz tego nosiła zapach… kota. I piór.
Kolejne pytanie zupełnie zbiło ją z tropu. Aż takim kocim zwyczajem przekrzywiła trochę głowę w kierunku prawego ramienia, stojąc przodem do Sama, przyglądając mu się z uwagą. A jednak trudno było szukać w niej nagany czy niezadowolenia, było raczej… zaintrygowanie. Facet dziwnie się zachowywał, ale czarodzieje bywali dziwakami. A teraz miała już pewność, że to czarodziej, skoro gadał jej o cieniach i upiorach.
Cieniach…
Zmarszczyła brwi na swoją nagłą myśl, ciągle się wokół tego kręciła.
– Zemdlał? Niby dlaczego? – aż parsknęła, bo co prawda Sam podszedł ją i zaskoczył, wystraszył, to prawda, ale żeby aż mdleć…? Bez przesady. – Ale może… Następnym razem zacznij po prostu od prostego „dzień dobry”? – zaproponowała i szybko się zreflektowała. – Mogę przejść na ty, prawda? – niby przedstawił się z imienia, ale cholerka, może nie wypadało, może powinna mówić per pan… Czasami sama miała z tym problem, wychowana w zupełnie innej kulturze. – W Kniei? W sensie tam? – wskazała głową i zrobiła wielkie oczy. – Ale tak całkiem sam? – aż trudno jej było to sobie wyobrazić, że można tam było samemu… że lepiej sobie radzić ze zwierzętami… To akurat potrafiła w pewnym sensie pojąć. – Bardzo mi przykro. Słyszałam, że zrobiło się bardzo, bardzo niebezpiecznie. To gdzie teraz mieszkasz? – nie sądziła, że trafi tu na jakiegoś… ekscentryka-pustelnika. Ale była osobą, która mogła porozmawiać z chyba każdym. Dlatego znowu się uśmiechnęła.