Nie chodziło o to, by to Rodolphus spijał się tym alkoholem, który wręczano mu w prezencie. Przynajmniej nie taka była intencja Victorii – ot, wino zawsze było dobrym wyborem. Jeśli nie pił tego Rolph, to mógł je sprezentować komuś innemu w podobnym geście; chodziło o możliwość wyboru. Victoria niemalże spała na pieniądzach, tych jej naprawdę nie brakowało, więc i nie widziała problemu w tym, by udając się do kogoś w gości, nie obdarować ich czymś… godnym. A alkohol potrafił być drogi, tyle, że ona zupełnie nie patrzyła na cenę. Przywykła do tego, że ją stać na co tylko zapragnie.
Przyszła sama. Nie czuła potrzeby by udać się do kuzyna z obstawą, zresztą z kim miałaby przyjść…? Z Saurielem? Nie za bardzo, ten zaszył się w jaskini zwanej piwnicą w posiadłości Rookwoodów i wyglądał trochę jak cień samego siebie. Zresztą… Ech. Było dziwnie – między nią, a byłym już narzeczonym. To co, miała iść z obstawą przyjaciółek? Potrafiła sama sobie poradzić. Zresztą nie przewidywała, by miało jej się coś stać w odwiedzinach u własnej rodziny.
– Rodolphusie – uśmiechnęła się bardzo zdawkowo, ale to nie tak, że robiła to celowo. Taka już była. Niektórzy ludzie mówili jej, że wydaje się bardzo chłodna w obyciu w pierwszym kontakcie… I w drugim, i trzecim też. Ale gdyby przebić się przez te grube mury jej charakteru i oklumencji, to można było zobaczyć tę wrażliwą kobietę, która całkiem sporo myślała o swoich bliskich. W tym jednak momencie widać było raczej jej zwyczajowe zimno i zdystansowanie. Nic dziwnego, że niektórzy nazywali ją służbistką i sztywniarą, która nie zna się na żartach. Swoje dowcipy opowiadała w końcu z całkowicie kamienną twarzą. – Nie musiałam, ale chciałam – oczywiście, że nie musiała. Nic nie musiała. Przychodzić tutaj też nie musiała… ale chciała. Prawdą jednak było, że coś ją przygniotło i może nie miała już po prostu tego wszystkiego dźwigać? Może to to wrażenie, które Rodolphus odebrał?
– Może być woda – odparła cicho, wchodząc głębiej do mieszkania za kuzynem, który poprowadził ją w głąb. Rozejrzała się z ciekawością, ale bez nachalności. Nie miała ochoty na kawę czy herbatę, tym bardziej nie na alkohol, bo kto wie jakby to się skończyło, czy by się nagle nie rozkleiła i nie zamieniła w beczącą wersję siebie, która nie przystoi, by była tak oglądana. Mogli ją tak oglądać tylko Cynthia, Brenna, Laurent i… Sauriel. Ech.
Rzeczywiście, to, że przyjdzie, nie było takie oczywiste. Raczej zbyłaby to milczeniem, nie zniżyłaby się do wysyłania rysuneczków z tym jakże uniwersalnym gestem. Nie uszło jej uwadze, że brakowało tutaj rzeczy osobistych, że było tak… gładko, jakby Rolph nie chciał nic o sobie mówić, albo przywiązywać się do tego miejsca. Jakby miało być tylko sypialnią, miejscem wypadowym do pracy innych zajęć. Nie wiedziała co tam robią w Departamencie Tajemnic. Ostatnią styczność z Niewymownymi miała gdzieś… w maju, gdy szczegółowo ją wypytywali i badali, chcąc zebrać dane, by móc znaleźć odpowiedzi na to jak u ciężkiego licha i na samego Salazara Slytherina ona i trzech innych funkcjonariuszy z Departamentu Przestrzegania Prawa w ogóle jeszcze żyje. I jaką abominacją, ewenementem i cudem nad cudami są. Nikt jednak nie znał odpowiedzi, a ona już wiedziała dlaczego – bo każdy, kto nie parał się nekromancją, chuja wiedział, a Ministerstwo miało związane ręce przez to debilne prawo zakazujące nekromancji. I oto była – kobieta, która żyła, choć nie powinna. Kobieta, która w pewnym sensie faktycznie była niczym nowy rodzaj żywego trupa.
– Nie ma za co. Prosiłeś, więc oto jestem – wątpił w to? W jej lojalność względem rodziny? Sądził, że oleje sprawę, zignoruje wiadomość i wróci do swoich spraw? Za to ją mieli? A może próbował porozmawiać z kimś innym i został już olany, więc spodziewał się, że w jej przypadku będzie to samo? Mogła się bawić w small talki, ale zazwyczaj jej się nie chciało. Nie chciało jej się grać w te gierki. Rodolphus jednak się pomylił. Nie było żadnego wybuchu supernowej, Victoria była cholernie spokojna, cholernie opanowana. Patrzyła na Lestrange’a, mógł jasno ocenić, że był to badawczy wzrok, że obserwowała nie po to, żeby patrzeć, a po to, by widzieć, a była to zasadnicza różnica. Nie było też żadnego gromiącego wzroku, nie było ust skrzywionych z pogardą, nie było ani słowa o tym, by się nie wysilał, choć… doskonale wiedziała, że on musiał czegoś chcieć. Nie była głupia, nie była tak naiwna. Usiadła na jednym z foteli, swoją niewielką torebkę bezceremonialnie położyła na stoliku kawowym, nawet na ułamek sekundy się uśmiechnęła (czy raczej wargi jej drgnęły, jakby chciały się uśmiechnąć).
– Czym mogę służyć, mój drogi? – powiedziała to nawet na pewien sposób miękko, choć może była w tym odrobineczka sarkazmu. A w końcu nie przyszła się tutaj kłócić, bo o co… Przyszła wysłuchać… A potem zobaczy.