29.02.2024, 10:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.02.2024, 10:53 przez Brenna Longbottom.)
- Tu chyba się nie zgodzimy. Gdyby była wyborem, nie mielibyśmy tylu nieszczęśliwych zakochań i niezgodnych małżeństw, i nie powstałyby te wszystkie tragiczne dzieła miłosne: przecież wystarczyłoby pstryknąć palcami i uczucie do tej niewłaściwej osoby by minęło jak sen złoty, za to pokochałbyś kogoś odpowiedniego. Uczuć nie wybieramy, wyborem jest tylko, co z nimi zrobimy – skwitowała Brenna, uśmiechając się lekko do wuja. Nie skomentowała ani słów o tym, że nie uważa, by był dobrą osobą do trwania w związku - nie mogła tu wyrokować, zwłaszcza że patrzyła na Morpheusa przez okulary rodzinnego uczucia, ani o tym, że nie powinna sobie miłości odmawiać – nie wszystko jest dla każdego, powiedział całkiem niedawno Frank Longbottom i utkwiło to Brennie w głowie.
Niektórym ludziom pewne rzeczy nie były pisane.
Jej na przykład za to pisana była bez wątpienia szybka śmierć.
Obserwowała w milczeniu, jak Longbottom palił list. Nie pytała: ani o nadawcę, ani o jego treść, bo ta historia zdawała się wciąż dręczyć Morpheusa i Brenna pozostawiała mu decyzję o tym, co i ile chce powiedzieć. A i tak powiedział jej całkiem sporo. Ten gest zaś, choć może błahy, miał pewne symboliczne znaczenie – w końcu mężczyzna ciskał w ten ogień nie tylko papier, ale i wspomnienia i uczucia.
Oby obróciły się w popioły i pozwoliły mu ruszyć dalej.
– W porządku, nie będę. Przynajmniej na razie – podkreśliła, bo kolejne takie występy już na pewno sprowokowałyby reakcję Brenny. Nie chciała drążyć wbrew woli wuja, ale jeżeli ten tajemniczy ktoś postanowiłby kontynuować walkę, to mógł spodziewać się bezpardonowej wojny.
Uśmiechnęła się znowu, kiedy Morpheus ucałował ją w czoło i na moment oparła dłonie na jego przedramionach, spoglądając mu w twarz.
– Nie można obciążyć kogoś, kto cię kocha, powiedzeniem mu, co leży ci na duszy – oświadczyła, z odrobiną hipokryzji, której chyba sama sobie nie uświadamiała. A może tylko uświadomić sobie nie chciała. – Jeśli potrzebowałbyś pomocy, niekoniecznie w wyśledzeniu walniętego adoratora, a też pogadaniu, wiesz, gdzie mnie znaleźć – powiedziała, cofając się. A potem pożegnała się i chwilę później zbiegała już po schodach, by pobiec pod okno pokoju wuja i pozbyć się zalegających tam resztek ciasta, zanim któryś z psów postanowi uraczyć się czekoladą.
Niektórym ludziom pewne rzeczy nie były pisane.
Jej na przykład za to pisana była bez wątpienia szybka śmierć.
Obserwowała w milczeniu, jak Longbottom palił list. Nie pytała: ani o nadawcę, ani o jego treść, bo ta historia zdawała się wciąż dręczyć Morpheusa i Brenna pozostawiała mu decyzję o tym, co i ile chce powiedzieć. A i tak powiedział jej całkiem sporo. Ten gest zaś, choć może błahy, miał pewne symboliczne znaczenie – w końcu mężczyzna ciskał w ten ogień nie tylko papier, ale i wspomnienia i uczucia.
Oby obróciły się w popioły i pozwoliły mu ruszyć dalej.
– W porządku, nie będę. Przynajmniej na razie – podkreśliła, bo kolejne takie występy już na pewno sprowokowałyby reakcję Brenny. Nie chciała drążyć wbrew woli wuja, ale jeżeli ten tajemniczy ktoś postanowiłby kontynuować walkę, to mógł spodziewać się bezpardonowej wojny.
Uśmiechnęła się znowu, kiedy Morpheus ucałował ją w czoło i na moment oparła dłonie na jego przedramionach, spoglądając mu w twarz.
– Nie można obciążyć kogoś, kto cię kocha, powiedzeniem mu, co leży ci na duszy – oświadczyła, z odrobiną hipokryzji, której chyba sama sobie nie uświadamiała. A może tylko uświadomić sobie nie chciała. – Jeśli potrzebowałbyś pomocy, niekoniecznie w wyśledzeniu walniętego adoratora, a też pogadaniu, wiesz, gdzie mnie znaleźć – powiedziała, cofając się. A potem pożegnała się i chwilę później zbiegała już po schodach, by pobiec pod okno pokoju wuja i pozbyć się zalegających tam resztek ciasta, zanim któryś z psów postanowi uraczyć się czekoladą.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.