Swąd palonych włosków i bawełny, pożeranej niczym papier, nie wybudziły go z ekscytacji ogniem. Ogniem, do którego zupełnie nie pasował, ani swoim sposobem życia, ani sposobem myślenia. Kiedy płonące ubranie ugasiła woda, kiedy ciemne plamy rozlały się po granacie tkaniny, opryskując część jego ramienia i twarzy, spływając niczym łzy w kotłowaniu się dymu i smrodu palonych chemikaliów, przypominał dużo bardziej siebie. On stał na granicy rzeczywistości, gdzie woda swobodnie płynęła, lecz nie dawała się ujarzmić i uciekała ludzkiemu pojęciu. Jeszcze przed spłynięciem do Hadesu, zanim wnikała w glebę, aby zasilić Styks i Letę, w tym momencie transformacji z deszczu w źródło podziemne, trwał on, w błotnistym, niezrozumiałym, wielu odrzucającym krańcu teraźniejszości, brudząc się przyszłością, lecz nie dotykając tak fascynującego Lorettę gnicia i rozkładu.
On pewnie ugasiłby jedynie samego siebie, pozwalając reszcie spłonąć.
Słowa, które wypadły z jej ust, brzmiały dla niego jak słowa siedmiolatki. Małej Brenny, która tupała nóżką, gdy nie pozwalał jej wspiąć się na wieżę z książek, aby zdjąć słoik z nieznaną, interesującą ją zawartością z najwyższej półki. Te czasy już dawno minęły, ale bulwersacja Loretty rozbawiła go dogłębnie, ta infantylność w wyrażaniu emocji, którymi tak bardzo chciała manipulować i szarpać. Głupi, takie śmieszne słowo, bez nacechowania wściekłością, wręcz niewinne. Jesteś głupi mówiły dzieci, którym zabrano zabawkę, chociaż obok było mnóstwo innych, a nawet taka sama, a później ją niszczyły, aby nikt inny już nigdy nie mógł się nią bawić.
— Jak dobrze pamiętam, z nas dwojga, to ja przewiduję przyszłość — odpowiedział, siadając. Nie było w tym stwierdzeniu żadnej emfazy z jego strony, ani w głosie, ani w treści, bo z ich dwójki rzeczywiście to on został pocałowany przez Apollina i naznaczony czerwienią profetycznego błogosławieństwa. Prawie złagodniał w spojrzeniu, sięgając ku jej twarzy. Pogładził wierzchem dłoni jej skroń, żuchwę, tak słodko, jakby robił to ten ogień, który chciał strawić jego skórę. Mogła czuć dym i zapach ryzyka, tłumiący całkowicie woń jakichkolwiek perfum. — Zapamiętam to jednak, Pytio.
Delikatnie sunąca w dół dłoń nagle spoczęła na jej gardle, jak obroża. Zacisnął lekko palce na jej szyi. Jego wzrok sugerował, że niemal oczekuje, że zaszczeka dla niego. Jeszcze żar płomieni nie zgasł w nim, potrzebował więcej. Nie należał do tych, którzy rzucają się w pożar, ale trochę zagrożenia zawsze działało, jak swojego rodzaju mentalny ekshibicjonizm.
— Jesteś nudna, bo nawet brzydota musi być wymuskana. I nic, co robisz, nie jest prawdziwe. Zawiodłem się.
Liczyło się tylko to, że chciał ją skrzywdzić. Zranił tak, aby wyciągnąć z niej żywą agresję, bez metafor i metodycznych ograniczeń swojego odczuwania. Aby stała się żywym układem nerwowym, a nie wiotką personifikacją swojej sztuki. Kolejna, która chce być inna, mroczna i wyjątkowa.