Bo przecież za każdym razem, gdy napotykała spojrzeniem ciemnej toni tęczówek bezmiar błękitu zawierający się w jego oczach, coś w niej zamierało. Jakby kaskada supernowych ognistą łuną przemykała po nieboskłonie; jakby wszystkie nieistotności wszechświata zawierały się w jednym, krótkim westchnięciu wszechrzeczy – jakby umieranie nabierało nowych barw; jakby ten kalejdoskop emocji zsuwał się na ramiona ciężkim całunem, który utrzymywała na wątłych ramionach. I nawet te uśmiechy, wysyłane gdzieś w niebyt, pomiędzy gwiazdy, zawierały ułamki rzeczywistości. Była istniejąca i namacalna – nieomal jak zawsze. Nosząc na barkach dwudziestą wiosnę, dopiero wkraczając w dorosłość, wybrzmiewała tymi wszystkimi niewinnościami poranków.
Myśli były splątane i niewiadome; jednocześnie błędne i skalane prawdziwością. Spojrzała na niego raz jeszcze, pogubiona w kaskadzie tych wszystkich emocji, które jej towarzyszyły za każdym razem, gdy go widziała. Niedojrzała i miękka, podziwiała go na rozciągłości tych wszystkich lat, które umykały pod dłonie zaklętej enigmy; chciała go mieć i jednocześnie nie-mieć. Bała się, że zakochała się w tym niedoścignionym ideale, który wyklarował się na przestrzeni lat – nie pozwalając jednocześnie podejść zbyt blisko, a jednocześnie tak nęcąco przyciągając.
Skierowała na niego spojrzenie znowu, wychwytując ten niepokojący uśmiech, czający się gdzieś w jego kącikach ust. Sama przybrała miękki grymas, w filuterności rozciągający się powoli do pełnego uśmiechu, ukazującego te urokliwie krzywe kły.
– Nie jesteś nigdy uprzejmy – odparła, wzruszając ramionami, podsumowując to wszystko, co wykwitło między nimi bezsłownie. – Zresztą, miałbyś być uprzejmy, bo masz parszywy humor? To się nie klei, a szkoda – rzekła po chwili.
Cztery lata odbijały się między nimi nimbem wielorakiej różności; nie wszystkie słowa, które między nimi padały, były wiążące i nie każdy gest był tym, czym w wysmakowaniu powinien być. Chwyciła z jego dłoni szyjkę szampana, biorąc kilka konkretnych łyków. W głowie zaszumiało niebezpiecznie, zachwiała się nieomal na moment na nogach, w porę jednak zachowała równowagę.
Chwyć mnie między palce i rozetrzyj, znajdź to, co od dawna ukrywałam w sobie pod woalką piękna; jestem przecież wszystkim, przed czym się ucieka – a najbliżej mi do absurdu letnich nocy i zimowych dni – gdy jedynie smak piżma przemyka przez moje wargi kolejnej nocy, której masz mnie na wyłączność. Dlaczego tego nie widzisz?
– Nie chcę zapominać. Chcę po prostu się napić, sztuka dla sztuki – podsumowała.
Rozbiegany wzrok utkwiła w oknie, stając tuż obok niego, spozierając z kamienicy na ulicę, tak jakby widziała ją po raz pierwszy. Po chwili jednak uniosła nieobecny wzrok na niego, szukając odpowiedzi w jego spojrzeniu. Pośród kolejnej niespokojnej nocy.
Dopiero po chwili uniosła głowę, gdy dotarł do niej powolny sens jego słów.
– Wódka czy whisky? – zabrzmiała pytaniem, kierując się do szafki z alkoholami.
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it