Peppa domyślała się, co w głowie mężczyzny rozbrzmiewa po usłyszeniu jej nazwiska. Była absolutnie świadoma pochodzenia z rodziny zaklasyfikowanej jako "półkrwi", chociaż zarówno jej ojciec, jak i matka, mieli rodziców czarodziejów. Potterowie mieli gdzieś czystość krwi, ale od tej reguły istniały pewne wyjątki. Tym razem, w postaci Penelopy.
— Spacerowałam — odpowiedziała krótko, ale po leniwym rozejrzeniu się wokół, postanowiła dodać parę słów. — Ostatnio miałam przyjemność pogawędzić ze znajomym o tym miejscu. Wspomniał, że żywi sentyment do Nokturnu, który przypomina mu tak dobrze znane lochy Slytherinu. Doprawdy, nasze dormitorium było zadbanym miejscem, aczkolwiek trochę rozumiem, co miał na myśli. Nie zapuści się tu byle kto... Chyba, że nie ma nic do stracenia, jak ten żebrak.
Nie chciała znów nawiązywać do pierwotnego tematu, ale jakoś musiała zapchać ewentualną dziurę logiczną swojego stwierdzenia.
— Skoro zna pan tę okolicę, mógłby być pan tak miły i pomóc w pewnej kwestii? Otóż moja matka ma wkrótce urodziny, pomyślałam, że może uda mi się znaleźć dla niej jakiś nieoczywisty prezent. Rozumie pan, to kobieta zapracowana, ciągle musi latać między Mungiem i Wizengamotem... Chciałabym obdarować ją czymś przydatnym, albo po prostu miłym dla oka.
Matka miała urodziny w październiku, ale nie miało to znaczenia. Peppa wiedziała, jak bardzo mężczyźni lubią być przydatni. Poza tym, stanowiło to też okazję do przechwalenia się postacią matki. Tutaj akurat nie musiała się wiele starać, gdyż Mildred Potter autentycznie stanowiła autorytet w swojej dziedzinie.