29.02.2024, 21:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.03.2024, 14:56 przez Samuel McGonagall.)
Bodźce dochodziły do niego z pewnym opóźnieniem. Był zdezorientowany i rozkojarzony. I bardzo, ale to bardzo zmęczony. Sił starczyło na to, by błękitna tęczówka zalała mu oko, gdy źrenica punktowo skupiła się na białych delikatnych kwiatkach ściśniętych w rozłożyste baldachy. Wyglądały swojsko, niewinnie. Cicuta, blekot, wodna wsza, a w końcu dumny szalej jadowity... Kłącza i łodyga silnie trująca, mimo przyjemnego smaku. Żadnego ostrzeżenia, a przecież... przecież nie było tu wody, która mogła przynieść nasiona tego śmiercionośnego selera. Choć w myślach o tym zdziwieniu znajdował ukojenie, mózg nadal pozostawał w szoku. Zabrał ręce od biało-zielonej pułapki, obejmując się ciasno, czekając bezmyślnie na to, co zaraz nastąpi.
Mechaniczna pomarańcza, szerszeń pragnący wbić w niego tryby odchodził w niepamięć, podobnie jak wykrzywione, śmiejące się z niego potwory. Miał w sobie poczucie, głęboko zakorzenioną myśl, że rośliny go uratowały, że to Knieja upomniała się o jego duszę i ochroniła go przed demonami czającymi się na londyńskich ulicach. Tylko głos, głos matki sprawiał, że nie był tego taki pewien.
Dawno nie słyszał, żeby była aż tak przerażona.
Jej zapach, kocie futro przetkane szelestem lotek otuliło go niespodziewanie miłością i Samuel był pewien, że za moment zaśnie. Poczuł, jak błogosławione rozluźnienie opada jego ciało, przez które przepłynęło tak wiele energii, tak wiele, by pobudzić do życia zaklęte w zszarzałej, zatrutej ziemi życie. Jego blada twarz zroszona była potem, uniósł trzęsącą się dłoń, by wczepić się bezładnie w jej kamizelkę.
– Znalazłaś mnie...– drżące słowa padły razem z oddechem, pełne wdzięczności i bezwarunkowej miłości. Pewnie by płakał, gdyby miał na to siły, a może właśnie to robił, może łzy rosiły mu policzki rozmazując czerń uwolnionej gleby i czerwień krwi. Nie miał nawet siły czuć się winnym, że nie spełni jej kolejnej prośby. Tylko pokiwał głową, choć nie wiedział, czy rzeczywiście to zrobił. Zamknął oczy i może się uśmiechnął. – Nie lubiłem tych ubrań mamo. – powiedział nagle, wciąż ledwie słyszalnie, próbując znaleźć jakiekolwiek pocieszenie dla rozdygotanej kobiety, której łomot serca słyszał przecież pod swoim uchem.
Tymczasem stojący nad nimi mężczyzna, widząc zaistniałą sytuację, momentalnie użył różdżki... nie po to jednak, by spacyfikować winowajcę i tulącą go do siebie kobietę, a po to, by transmutować swoją chusteczkę w miękki, pachnący psią sierścią koc, którą natychmiast ich okrył opiekuńczym gestem. Zaraz potem kucnął przy nich, z wyczuciem nie kładąc dłoni na ramieniu zdesperowanej kobiety.
–Panno McGonagall? – zapytał ów człowiek, który z pewnością nie był mechanizmem pragnącym chłopięcej duszy, a jego głos tym razem brzmiał dziwnie znajomo. Samuel zdołał pomyśleć, że to takie dziwne, słyszeć znajomy głos w tak obcym, nieprzyjemnym miejscu. – Jeremiah Longbottom. Z Doliny. Zaopiekuję się Wami, pani synem i panią. Proszę oddychać, jest pani w szoku, ale wszystko jest już pod kontrolą...– Przemawiał łagodnie, kojarzył mu się z tonem, którego jego ojciec zwykł używać do ciężarnych hipogryfów. Chłopiec bywał z matką w Dolinie, ale nie kojarzył ani imienia ani nazwiska. Tylko głos. I pies. Ktoś, kto miał psa, nie mógł być złym człowiekiem prawda? Ktoś, kto mówił w taki sposób? W głowie mu się kręciło i zdał sobie sprawę, że jego ciało jest coraz bardziej wiotkie. Chciał o tym powiedzieć, chciał zareagować, ale nie zdołał.
Po prostu zapadł się w czerń objęcia sokolich piór.
Mechaniczna pomarańcza, szerszeń pragnący wbić w niego tryby odchodził w niepamięć, podobnie jak wykrzywione, śmiejące się z niego potwory. Miał w sobie poczucie, głęboko zakorzenioną myśl, że rośliny go uratowały, że to Knieja upomniała się o jego duszę i ochroniła go przed demonami czającymi się na londyńskich ulicach. Tylko głos, głos matki sprawiał, że nie był tego taki pewien.
Dawno nie słyszał, żeby była aż tak przerażona.
Jej zapach, kocie futro przetkane szelestem lotek otuliło go niespodziewanie miłością i Samuel był pewien, że za moment zaśnie. Poczuł, jak błogosławione rozluźnienie opada jego ciało, przez które przepłynęło tak wiele energii, tak wiele, by pobudzić do życia zaklęte w zszarzałej, zatrutej ziemi życie. Jego blada twarz zroszona była potem, uniósł trzęsącą się dłoń, by wczepić się bezładnie w jej kamizelkę.
– Znalazłaś mnie...– drżące słowa padły razem z oddechem, pełne wdzięczności i bezwarunkowej miłości. Pewnie by płakał, gdyby miał na to siły, a może właśnie to robił, może łzy rosiły mu policzki rozmazując czerń uwolnionej gleby i czerwień krwi. Nie miał nawet siły czuć się winnym, że nie spełni jej kolejnej prośby. Tylko pokiwał głową, choć nie wiedział, czy rzeczywiście to zrobił. Zamknął oczy i może się uśmiechnął. – Nie lubiłem tych ubrań mamo. – powiedział nagle, wciąż ledwie słyszalnie, próbując znaleźć jakiekolwiek pocieszenie dla rozdygotanej kobiety, której łomot serca słyszał przecież pod swoim uchem.
Tymczasem stojący nad nimi mężczyzna, widząc zaistniałą sytuację, momentalnie użył różdżki... nie po to jednak, by spacyfikować winowajcę i tulącą go do siebie kobietę, a po to, by transmutować swoją chusteczkę w miękki, pachnący psią sierścią koc, którą natychmiast ich okrył opiekuńczym gestem. Zaraz potem kucnął przy nich, z wyczuciem nie kładąc dłoni na ramieniu zdesperowanej kobiety.
–Panno McGonagall? – zapytał ów człowiek, który z pewnością nie był mechanizmem pragnącym chłopięcej duszy, a jego głos tym razem brzmiał dziwnie znajomo. Samuel zdołał pomyśleć, że to takie dziwne, słyszeć znajomy głos w tak obcym, nieprzyjemnym miejscu. – Jeremiah Longbottom. Z Doliny. Zaopiekuję się Wami, pani synem i panią. Proszę oddychać, jest pani w szoku, ale wszystko jest już pod kontrolą...– Przemawiał łagodnie, kojarzył mu się z tonem, którego jego ojciec zwykł używać do ciężarnych hipogryfów. Chłopiec bywał z matką w Dolinie, ale nie kojarzył ani imienia ani nazwiska. Tylko głos. I pies. Ktoś, kto miał psa, nie mógł być złym człowiekiem prawda? Ktoś, kto mówił w taki sposób? W głowie mu się kręciło i zdał sobie sprawę, że jego ciało jest coraz bardziej wiotkie. Chciał o tym powiedzieć, chciał zareagować, ale nie zdołał.
Po prostu zapadł się w czerń objęcia sokolich piór.