Miała czasami wrażenie, że nieco zbyt mocno zatraciła się w oklumencji, którą otaczała się niby całunem, a ta odgradzała ją od świata zewnętrznego, od tych wszystkich bodźców. Może to dlatego dla ludzi z zewnątrz jawiła się taka zimna, taka nieprzenikliwa, taka nie do końca przyjemna, a przecież zazwyczaj nie miała złych intencji. To nie tak, że była tak zawsze i wszędzie, nie tak, że nie dało się jej wytrącić z równowagi, nie tak, że ta maska nie pękała – ale teraz wydawała się cudownie idealna, bezbłędna wręcz. Żadna zmarszczka nie mąciła jej czoła, gdy tak patrzyła na Rodolphusa. To nie było żadne siłowanie się na spojrzenia, nic z tych rzeczy; badała. Zastanawiała się, z której strony nadejdzie… atak? Nie, nie przewidywała ataku, chociaż była gotowa chyba na wszystko. Życie dawało jej w kość na tyle, że nic tylko czekać aż podstawi jej nogę i się w końcu wypierdzieli.
Nie mąciła tej ciszy. Nie była typem osoby, który musi gadać, bo jeśli jest cicho, to czuła się niezręcznie. Może nawet to też był element gry, ten psychologiczny – siedzieć cicho. Czekać. Zobaczyć, kto pierwszy nie wytrzyma i się złamie. Ale nie, nie do końca, po prostu lubiła spokój, dlatego nie mąciła go paplaniem o tym, jak spędziła dzień, nie było żadnej historyjki o animagu srającym do doniczki, ani nic z tych rzeczy. Nawet nie przyglądała się zbyt długo kuzynowi, który nalewał im wodę. Nie przewidywała żadnej pułapki, ani próby dosypania jej czegoś, bo i niby po co? Odwróciła w którymś momencie spojrzenie na te ściany pozbawione ruchomych fotografii z życia Rodolphusa. Było… sterylnie. Na pokaz, czy po prostu taki był? Zaczęła się nad tym zastanawiać, ale te rozmyślania przerwało stuknięcie szklanki o blat stolika, gdy czarnowłosy podał jej szklankę z wodą. Nie sięgnęła po nią od razu, za to skierowała to spokojne spojrzenie na niego, przyglądając mu się z bliska. Nie był spięty, był wręcz… dziwnie spokojny. Nie widziała też sygnetu na palcach. Przekrzywiła odrobinę głowę, zastanawiając się, czy zapomniał…?
Wielu Lestrange ostatnio zapadło się trochę pod ziemię, przynajmniej tych z młodego pokolenia. William jak zwykle był tak zawiany, że zapominał wychodzić ze swojej piwnicy, nic dziwnego, że szukali go po Beltane, by ten cały na biało w końcu wyszedł, zdziwiony co to za zamieszanie. Louvain, jak na skandalistę przystało, robił to co zwykle – czyli pławił się w dawnej sławie i bił się z Nottem o swoją siostrę, zdaje się, że za niedługo ta kłótnia miała mieć swój finał, ale tu nie zmieniło się wiele. Loretta… zniknęła, podobno wyjechała do Ameryki, może chcąc odpocząć od bezsensownej kłótni brata z rywalem, albo musiała przeboleć rozstanie z narzeczonym. Victoria – pasmo nieszczęść, jej młodsza siostra siedziała w Hogwarcie i była za młoda, by robić wokół siebie szum, Rodolphus unikał rodziny, a Rabastan… Był Rabastanem. Nie był to czas na żadne bankiety i spotkania rodzinne.
– Po którym dokładnie? – zapytała, zamiast odpowiedzieć i lekko uniosła brwi. – Za dużo rzeczy pasuje do tego „ostatnio”, że aż nie wiem, o którą opcję ci chodzi. Żyję, jak widzisz. I oddycham – oddychała, rzeczywiście. Tego nie potrzebowały robić trupy, a ona tak. Położyła rękę na stoliku, obejmując szklankę dłonią. Nie próbowała się ani ogrzać, ani ochłodzić, nie próbowała też podnieść wodzie temperatury – i tak nie była w stanie. Cicho zastukała pociągniętym bordo paznokciem po szklance, krótko. – A ty jak się czujesz? Wszystko w porządku? – w domu wszyscy zdrowi? – aż cisnęło jej się na język, bo aż dziwnym jej się wydawało, że zapraszał ją do siebie zapytać o to, jak się czuje. Może to on upadł na głowę i potrzebował pomocy lekarza, a pomylił jej zawód z uzdrowicielem, bo jednak zajmowała się warzeniem eliksirów w celach hobbystycznych i dla rodziny i znajomych? Czy właśnie przez to dziwne zachowanie Rodolphusa Brenna uznała, że Victoria jest najnormalniejszym członkiem swojej rodziny?