29.02.2024, 22:55 ✶
Być może to była gra, w którą również grał Rodolphus, a być może to była przypadłość tej rodziny? Wszak większość z Lestrange'ów nie trzepotała jęzorem jak opętana, byle by tylko coś powiedzieć. Czekali, milczeli i obserwowali drugą osobę. Być może po to, by to właśnie ona się złamała. A być może dlatego, że po prostu lubili ciszę? Z tym, że teraz nie było miejsca na ciszę. Przecież Rodolphus zaprosił Victorię w konkretnym celu.
Gdy kobieta odpowiedziała nie tak, jak chciał, a potem wyrzuciła z siebie swoje pytanie, postanowił to zignorować. Tak po prostu. Ani myślał odpowiadać na jej pytania, zanim nie uzyska odpowiedzi na swoje. Być może to ta dziecięca przekora, którą na nowo w sobie odkrył, a być może po prostu wrodzona bezczelność? Brenna miała rację - ta rodzina była dziwna, a Rodolphus nie robił nic, by to wrażenie zatrzeć. Był młody, powinien zachowywać się inaczej. Wydawać się mogło, że jego dusza, starsza o co najmniej dwadzieścia lat, została zaklęta w młodym ciele. Ale w krótkich momentach, takich jak ten, skrywane szczenięce zachowania dawały o sobie znać. I tu nie chodziło już o słowa, a o ten błysk w oku, który czasem się pojawiał. O ignorowanie tego, co się do niego mówiło. O przekraczanie granic.
- O wszystkie - powiedział poważnie, zakładając nogę na nogę. Łokieć wsparł na podłokietniku, a dłonią sięgnął do ust, by przetrzeć je w geście zamyślenia. Nie spuszczał z kuzynki wzroku, po prostu patrząc na to, co robi. Bezwiednie, bo musiał na czymś zawiesić wzrok, a gdyby go skierował w bok: mogłaby odnieść wrażenie, że ucieka. A on nie uciekał, chociaż w ciągu tego lata miał ogromną chęć zapaść się jeszcze bardziej pod ziemię. Żeby dali mu spokój, żeby mógł kontynuować to, co zaczął, bez tego ciągłego szarpania jego osobą. Między nimi na chwilę zapadła cisza, której jednak nie określiłby wcale jako niezręcznej. - Żyjesz, oddychasz, nie jesteś ranna. Przynajmniej powierzchownie.
Zauważył, odrywając dłoń od ust. Rodolphus nienawidził, gdy nie słychać było wyraźnie rozmówcy. Alergicznie wręcz reagował na wszelkie zasłanianie ust czymkolwiek podczas rozmowy, na jedzenie z pełnymi ustami, na odwracanie się plecami, by ukryć mimikę. Wszystko dało się wyczytać z drugiej osoby, patrząc na gesty, postawę, drobne spięcia mięśni - nawet słowa nie były potrzebne do tego, by wyczytać intencje.
- Uwierzysz, jeśli powiem, że bym napisał wcześniej, zaraz po Beltane, gdyby nie natłok pracy i niepewność, że chcesz kontaktu? - odpowiedział pytaniem, przekrzywiając lekko głowę. Bo nie miał pewności, że Victoria by uwierzyła w tę bajkę, chociaż to do końca bajką nie było. Lestrange miał ostatnio tyle na głowie, że miał problem by utrzymać idealny balans pomiędzy pracą, snem i... dodatkowymi zadaniami, które realizował krok po kroku. - Słyszałem o zerwanych zaręczynach.
Powiedział w końcu, zmieniając pozycję. Materiał zaszeleścił o fotel, gdy Rodolphus sięgnął po szklankę. Upił łyk wody, by dać kuzynce czas na zebranie myśli, na przemyślenie jak chce zareagować na jego słowa. Nie przepraszał, bo i nie miał za co, przynajmniej według siebie samego. To nie było tak, że byli kiedyś sobie bliscy, a on się na nią wypiął, gdy tego potrzebowała. Uznał, że z Victorią znaleźli się w tym samym położeniu. Nie przyznałby się nigdy do tego, że potrzebuje jej pomocy, ale prawda była taka, że potrzebował porozmawiać z kimś, kto był w podobnej sytuacji. I był z rodziny. Rodolphus jakiś czas temu stracił całkowicie zaufanie do ludzi, ale jeżeli miałby z kimś porozmawiać o wątpliwościach, to wyłącznie z rodziną. Mógł im nie ufać, odsuwać się od każdego, ale nic nie zmaże więzów krwi, którymi byli związani po grób.
Gdy kobieta odpowiedziała nie tak, jak chciał, a potem wyrzuciła z siebie swoje pytanie, postanowił to zignorować. Tak po prostu. Ani myślał odpowiadać na jej pytania, zanim nie uzyska odpowiedzi na swoje. Być może to ta dziecięca przekora, którą na nowo w sobie odkrył, a być może po prostu wrodzona bezczelność? Brenna miała rację - ta rodzina była dziwna, a Rodolphus nie robił nic, by to wrażenie zatrzeć. Był młody, powinien zachowywać się inaczej. Wydawać się mogło, że jego dusza, starsza o co najmniej dwadzieścia lat, została zaklęta w młodym ciele. Ale w krótkich momentach, takich jak ten, skrywane szczenięce zachowania dawały o sobie znać. I tu nie chodziło już o słowa, a o ten błysk w oku, który czasem się pojawiał. O ignorowanie tego, co się do niego mówiło. O przekraczanie granic.
- O wszystkie - powiedział poważnie, zakładając nogę na nogę. Łokieć wsparł na podłokietniku, a dłonią sięgnął do ust, by przetrzeć je w geście zamyślenia. Nie spuszczał z kuzynki wzroku, po prostu patrząc na to, co robi. Bezwiednie, bo musiał na czymś zawiesić wzrok, a gdyby go skierował w bok: mogłaby odnieść wrażenie, że ucieka. A on nie uciekał, chociaż w ciągu tego lata miał ogromną chęć zapaść się jeszcze bardziej pod ziemię. Żeby dali mu spokój, żeby mógł kontynuować to, co zaczął, bez tego ciągłego szarpania jego osobą. Między nimi na chwilę zapadła cisza, której jednak nie określiłby wcale jako niezręcznej. - Żyjesz, oddychasz, nie jesteś ranna. Przynajmniej powierzchownie.
Zauważył, odrywając dłoń od ust. Rodolphus nienawidził, gdy nie słychać było wyraźnie rozmówcy. Alergicznie wręcz reagował na wszelkie zasłanianie ust czymkolwiek podczas rozmowy, na jedzenie z pełnymi ustami, na odwracanie się plecami, by ukryć mimikę. Wszystko dało się wyczytać z drugiej osoby, patrząc na gesty, postawę, drobne spięcia mięśni - nawet słowa nie były potrzebne do tego, by wyczytać intencje.
- Uwierzysz, jeśli powiem, że bym napisał wcześniej, zaraz po Beltane, gdyby nie natłok pracy i niepewność, że chcesz kontaktu? - odpowiedział pytaniem, przekrzywiając lekko głowę. Bo nie miał pewności, że Victoria by uwierzyła w tę bajkę, chociaż to do końca bajką nie było. Lestrange miał ostatnio tyle na głowie, że miał problem by utrzymać idealny balans pomiędzy pracą, snem i... dodatkowymi zadaniami, które realizował krok po kroku. - Słyszałem o zerwanych zaręczynach.
Powiedział w końcu, zmieniając pozycję. Materiał zaszeleścił o fotel, gdy Rodolphus sięgnął po szklankę. Upił łyk wody, by dać kuzynce czas na zebranie myśli, na przemyślenie jak chce zareagować na jego słowa. Nie przepraszał, bo i nie miał za co, przynajmniej według siebie samego. To nie było tak, że byli kiedyś sobie bliscy, a on się na nią wypiął, gdy tego potrzebowała. Uznał, że z Victorią znaleźli się w tym samym położeniu. Nie przyznałby się nigdy do tego, że potrzebuje jej pomocy, ale prawda była taka, że potrzebował porozmawiać z kimś, kto był w podobnej sytuacji. I był z rodziny. Rodolphus jakiś czas temu stracił całkowicie zaufanie do ludzi, ale jeżeli miałby z kimś porozmawiać o wątpliwościach, to wyłącznie z rodziną. Mógł im nie ufać, odsuwać się od każdego, ale nic nie zmaże więzów krwi, którymi byli związani po grób.