29.02.2024, 23:14 ✶
- Tak, ma bardzo ładne oczy. Czasem celowo siadam tak, żeby widzieć w lusterku. - przyznała ściszonym głosem, puszczając oczko Brennie na jej łobuzerski uśmiech. Kierowca był tylko kolejną zaletą towarzyską w Błędnym Rycerzu.
Skrzywiła się na jej słowa, bo była ich brutalnie świadoma. Natura rządziła się swoimi prawami, owszem, ale były to narzucane przez lata od kręgu życia, a taki psychopata z zamiłowaniem do Czarnej Magii robił, co mu się żywnie podobało. Moc wiązała się z odpowiedzialnością, podobnie jak wiedza i talenty. Wykorzystywanie tego w niewłaściwy sposób mogło sprawdzać tragiczne konsekwencje, a jedną z nich była trwająca właśnie walka przysłowiowego dobra, ze złem. - Okrutne. - zaczęła szeptem, chociaż było to nieodpowiedzenie na zamordowanie dziecka, które przecież nikomu i niczemu nie było winne. -Jakby krew miała jakiekolwiek znaczenie.. Każdy zasługuje na szansę i na życie, los i tak bywa paskudny i niesprawiedliwy, bez fanatyków w przebraniach.
Dodała już bardziej oburzona, pełna niechęci i uprzedzeń względem popleczników tego, które imienia wolano nie wypowiadać. Szkoda tylko, że strach przed imieniem potęgował to uczucie względem osoby, które je nosiła — była pewna, że słyszała od kogoś te słowa, chociaż nie mogła sobie przypomnieć osoby je wypowiadającej. Krew była tak samo czerwona, często osoby pół krwi lub mugolskiego były zdolniejsze, niż konserwatywne świry, czerpiące sławę z tego, co osiągnęli ich przodkowie. Głupota, bo przecież to czyny danej osoby definiowały to, kim jest, niepochodzenie. Dlaczego nie mogli tego zrozumieć, rujnując codzienność tak wielu osobom? Brenna wyglądała na smutną, ale nie zszokowaną. Takie rzeczy musiały być dla niej codziennością.
- Niechętnie przyznam Ci rację. Gdyby świat był pełen bajek, nikt nie doceniałby płynących z niego lekcji oraz szczęścia. Musi być równo, tak mówili mądrzejsi od zarania dziejów. Mam jednak nadzieję, że uda się przywrócić, chociaż odrobinę poczucia bezpieczeństwa mieszkańcom, którzy nie należą od Skorowidza.
Pozostawało mieć nadzieję, bo co innego? Gdyby się pogrążyć, zwątpić do końca, człowiek mógłby wpaść w paranoję. Pandora nadal wierzyła, że każdy zasługuje na szansę i warto próbować go uratować, nawet jeśli miałoby to zakończyć się niepowodzeniem. Potrzebowali teraz takich ludzi, którzy mogli być słońcem i uśmiechem sprawić, że dzień jest piękniejszy, co chociaż na kilka minut pozwalało zapomnieć o tym, co ostatnimi czasy dość często odgrywało się pod osłoną nocy.
Słuchając jej, znów poczuła dreszcz na ciele. Jakaś wewnętrzne rozdarcie uwolniło smutek i przerażenie, bo wszystko, co wymieniała jej przyjaciółka, było przecież prawdą. Większość Lestrange, Blacków czy innych Borginów spoczywała na laurach, a to tylko trzy przykłady pewnie z ponad dziesięciu? Niezbyt się orientowała w politycznych niuansach. Prewettci zwykle stronili od wszystkiego, skupieni na własnych interesach i rozwoju. Jej rodzina — przynajmniej z tego, co wiedziała, a umówmy się, powroty do domu dużo Pandorę kosztowały nerwów, nie opowiadała się za żadną ze stron, unikając trochę tematu. Ona sama niewiele mogła poza rozdawaniem pieniędzy lub też zbieraniem dodatkowych zamówień na swoje mechaniczne zabawki, które przecież wpływały w jakiś sposób na bezpieczeństwo innych. Westchnęła, przecierając jedną ręką oczy.
- Żadne mi się nie podoba, a wszystkie są prawdziwe. Trochę patowa sytuacja. Im człowiek jest bardziej chciwy, im więcej ma, tym bardziej staje się niebezpieczny. A władza i ludzie, którzy Cię w tym słuchają, uderzają do głowy najmocniej. Dlatego ten Voldeidiota tak się panoszy, bo ma pewnie charyzmę i zaczarował mózgi starych kalafiorów.
Machnęła rękoma, gestykulując, nie mogąc powstrzymać oburzenia. On był chyba jedyną jednostką straconą w jej głowie, ten cały Voldemort z gazet. Widok twarzy Brenny i zaraz potem jej słowa sprawiły, że brunetka parsknęła śmiechem, kiwając głową. - Masz rajcę, powinnam wtedy uciekać.
A przecież byłaby skłonna stać w miejscu i się zastanawiać.
- Dziękuję, że mi pomogłaś i wytłumaczyłaś podstawy, postaram się ćwiczyć jak najwięcej, żebyś mogła być zadowolona następnym razem. - oznajmiła już pogodniej, trzymając w dłoniach kanapkę, którą potem włożyła do ust. Jak na wegetariankę przystało, jej przekąska miała mnóstwo warzyw i ser. Popiła, zapychając się nieco wielkością kęsa. -Powinnam dać jakiś sos.
Wyjaśniła zaraz, robiąc kolejnego łyka przywiezionej również kawy. Nie była już tak gorąca, ale magiczny kubek sprawiał, że wciąż była letnia. Poprawiła się na ziemi, czując przyjemny podmuch wiatru na twarzy i wbiła spojrzenie ciemnych oczu na przyjaciółkę. - Hmm? Poza Ministerstwem? A można działać poza Ministerstwem?
Nieco ją zaskoczyła, ale zainteresowała. Opuściła rękę z kanapką, przynajmniej na chwilę ignorując jedzenie. Brenna chodziła po godzinach w białej masce i polowała na członków bandy Voldioty? Przecież to było cholernie niebezpieczne. - Bo wiesz, gdybym mogła, to też bym chciała działać poza Ministerstwem. Żaden ze mnie auror i uderzeniowiec, a o zapotrzebowaniu na nich głównie pisze prorok. Jeśli potrzebowałabyś pomocy Brenna, śmiało. Niezależnie od pory dnia i nocy.
Dodała ciszej, jakby obawiała się, że wypowiadane zbyt głośno słowa, zostaną porwane przez wiatr. Westchnęła cicho, robiąc jednak kolejnego łyka kawy.
Skrzywiła się na jej słowa, bo była ich brutalnie świadoma. Natura rządziła się swoimi prawami, owszem, ale były to narzucane przez lata od kręgu życia, a taki psychopata z zamiłowaniem do Czarnej Magii robił, co mu się żywnie podobało. Moc wiązała się z odpowiedzialnością, podobnie jak wiedza i talenty. Wykorzystywanie tego w niewłaściwy sposób mogło sprawdzać tragiczne konsekwencje, a jedną z nich była trwająca właśnie walka przysłowiowego dobra, ze złem. - Okrutne. - zaczęła szeptem, chociaż było to nieodpowiedzenie na zamordowanie dziecka, które przecież nikomu i niczemu nie było winne. -Jakby krew miała jakiekolwiek znaczenie.. Każdy zasługuje na szansę i na życie, los i tak bywa paskudny i niesprawiedliwy, bez fanatyków w przebraniach.
Dodała już bardziej oburzona, pełna niechęci i uprzedzeń względem popleczników tego, które imienia wolano nie wypowiadać. Szkoda tylko, że strach przed imieniem potęgował to uczucie względem osoby, które je nosiła — była pewna, że słyszała od kogoś te słowa, chociaż nie mogła sobie przypomnieć osoby je wypowiadającej. Krew była tak samo czerwona, często osoby pół krwi lub mugolskiego były zdolniejsze, niż konserwatywne świry, czerpiące sławę z tego, co osiągnęli ich przodkowie. Głupota, bo przecież to czyny danej osoby definiowały to, kim jest, niepochodzenie. Dlaczego nie mogli tego zrozumieć, rujnując codzienność tak wielu osobom? Brenna wyglądała na smutną, ale nie zszokowaną. Takie rzeczy musiały być dla niej codziennością.
- Niechętnie przyznam Ci rację. Gdyby świat był pełen bajek, nikt nie doceniałby płynących z niego lekcji oraz szczęścia. Musi być równo, tak mówili mądrzejsi od zarania dziejów. Mam jednak nadzieję, że uda się przywrócić, chociaż odrobinę poczucia bezpieczeństwa mieszkańcom, którzy nie należą od Skorowidza.
Pozostawało mieć nadzieję, bo co innego? Gdyby się pogrążyć, zwątpić do końca, człowiek mógłby wpaść w paranoję. Pandora nadal wierzyła, że każdy zasługuje na szansę i warto próbować go uratować, nawet jeśli miałoby to zakończyć się niepowodzeniem. Potrzebowali teraz takich ludzi, którzy mogli być słońcem i uśmiechem sprawić, że dzień jest piękniejszy, co chociaż na kilka minut pozwalało zapomnieć o tym, co ostatnimi czasy dość często odgrywało się pod osłoną nocy.
Słuchając jej, znów poczuła dreszcz na ciele. Jakaś wewnętrzne rozdarcie uwolniło smutek i przerażenie, bo wszystko, co wymieniała jej przyjaciółka, było przecież prawdą. Większość Lestrange, Blacków czy innych Borginów spoczywała na laurach, a to tylko trzy przykłady pewnie z ponad dziesięciu? Niezbyt się orientowała w politycznych niuansach. Prewettci zwykle stronili od wszystkiego, skupieni na własnych interesach i rozwoju. Jej rodzina — przynajmniej z tego, co wiedziała, a umówmy się, powroty do domu dużo Pandorę kosztowały nerwów, nie opowiadała się za żadną ze stron, unikając trochę tematu. Ona sama niewiele mogła poza rozdawaniem pieniędzy lub też zbieraniem dodatkowych zamówień na swoje mechaniczne zabawki, które przecież wpływały w jakiś sposób na bezpieczeństwo innych. Westchnęła, przecierając jedną ręką oczy.
- Żadne mi się nie podoba, a wszystkie są prawdziwe. Trochę patowa sytuacja. Im człowiek jest bardziej chciwy, im więcej ma, tym bardziej staje się niebezpieczny. A władza i ludzie, którzy Cię w tym słuchają, uderzają do głowy najmocniej. Dlatego ten Voldeidiota tak się panoszy, bo ma pewnie charyzmę i zaczarował mózgi starych kalafiorów.
Machnęła rękoma, gestykulując, nie mogąc powstrzymać oburzenia. On był chyba jedyną jednostką straconą w jej głowie, ten cały Voldemort z gazet. Widok twarzy Brenny i zaraz potem jej słowa sprawiły, że brunetka parsknęła śmiechem, kiwając głową. - Masz rajcę, powinnam wtedy uciekać.
A przecież byłaby skłonna stać w miejscu i się zastanawiać.
- Dziękuję, że mi pomogłaś i wytłumaczyłaś podstawy, postaram się ćwiczyć jak najwięcej, żebyś mogła być zadowolona następnym razem. - oznajmiła już pogodniej, trzymając w dłoniach kanapkę, którą potem włożyła do ust. Jak na wegetariankę przystało, jej przekąska miała mnóstwo warzyw i ser. Popiła, zapychając się nieco wielkością kęsa. -Powinnam dać jakiś sos.
Wyjaśniła zaraz, robiąc kolejnego łyka przywiezionej również kawy. Nie była już tak gorąca, ale magiczny kubek sprawiał, że wciąż była letnia. Poprawiła się na ziemi, czując przyjemny podmuch wiatru na twarzy i wbiła spojrzenie ciemnych oczu na przyjaciółkę. - Hmm? Poza Ministerstwem? A można działać poza Ministerstwem?
Nieco ją zaskoczyła, ale zainteresowała. Opuściła rękę z kanapką, przynajmniej na chwilę ignorując jedzenie. Brenna chodziła po godzinach w białej masce i polowała na członków bandy Voldioty? Przecież to było cholernie niebezpieczne. - Bo wiesz, gdybym mogła, to też bym chciała działać poza Ministerstwem. Żaden ze mnie auror i uderzeniowiec, a o zapotrzebowaniu na nich głównie pisze prorok. Jeśli potrzebowałabyś pomocy Brenna, śmiało. Niezależnie od pory dnia i nocy.
Dodała ciszej, jakby obawiała się, że wypowiadane zbyt głośno słowa, zostaną porwane przez wiatr. Westchnęła cicho, robiąc jednak kolejnego łyka kawy.