Byli ludzie, którzy zajadali stres. Wpychali w siebie jedzenie niekontrolowanie, tyjąc, a jedyne co chcieli zrobić, to zagłuszyć nerwy i rozedrgane emocje. I byli ci, którzy w obliczu napięcia nie jedli wcale. Którzy musieli się zmuszać, by przełknąć choć kęs ulubionego dania, i chudli, słabli w oczach. To właśnie przydarzało się Victorii. Zawsze przy okresie sprawdzianów i egzaminów wpadała w spiralę nauki, zapominając o jedzeniu, stresując się wynikami i ocenami, bo co powie matka, jeśli dostanie niższą notę… A teraz – sytuacja była nieporównywalna, nic więc dziwnego, że schudła. Nie robiła tego celowo, naprawdę nie, po prostu… działo się samo. A przy tym starała się nie skupiać na własnym nieszczęściu; pracowała, ale pozwalała sobie na odpoczynek, bo co niby była winna Ministerstwu? Nic. I z chęcią zajęłaby się czym innym, wolałaby porozmawiać, pomóc przyjaciołom, a nie być z myślami sam na sam. Wtedy wymyślała najróżniejsze bzdury.
– Dzięki – uśmiechnęła się z wdzięcznością, bo bardzo się starała doprowadzić to miejsce do takiego stanu, które by jej odpowiadało. By było w pełni jej, od początku do końca takie, jak chciała. Wisiał tutaj jeden z obrazów zabranych z domu, przedstawiający widoczek na góry, domek i słońce, były też ramki z ruchomymi fotografiami wziętymi z życia, na kilku była nawet Cynthia, albo z Cynthią, albo z Brenną… I inne tego typu. Zabawne, że Cynthia widząc psiankę, pomyślała o Saurielu… bo roślina rzeczywiście miała z nim jakiś związek, ale nie taki jaki krążył Flinównie po głowie: to on to tu przytargał. – Ja za tobą też – przyznała miękko, ale nie była zła, czy zawiedziona, że nie widywały się tak często. Było tyle pracy… Tyle się działo. A ostatnimi czasy nawet nie do końca miała ochotę na wiele towarzystwa, musiała sobie trochę poukładać w głowie i nie chodziło tylko o Rookwooda. Najpierw dostała jedną bombą, potem zerwanie narzeczeństwa było tylko ciosem podcinającym stopy, nic wielkiego.
Nic… nic wielkiego, nie.
– Robił je dla mnie Rosier – powiedziała, zerkając na swoje ubranie. Większość jej garderoby wyszła spod jego rąk, nic dziwnego, że Chistopher „żartował” sobie, że swego czasu wybrali jej na męża nie tego Rosiera co trzeba. Była stałą klientką, to na pewno, co nie było tanie. – Mam ochotę na zmianę stylu – tak naprawdę, to miała wszystkiego tak bardzo dość, że przestała zważać na to, co wypada, a czego nie. Mogło jej nie starczyć życia na to bzdurne przejmowanie się, najwyższa pora była stanąć na nogi i żyć po swojemu. Całkowicie po swojemu. A w to wchodziły też ubrania. Uwielbiała sukienki i suknie, ale spodnie i te wyzywające koszule i bluzki… Korciło ją. Podobały jej się. I chyba nawet pasowały, do prawie czarnych włosów i równie ciemnej oprawy oczu. – Myślisz, ze dobrze w tym wyglądam? – dopytała jeszcze i nawet stanęła krok dalej, rozkładając ręce, by Cynthia mogła się lepiej przyjrzeć. – Wiele bym oddała, żeby poczuć trochę ciepła – dodała też za chwilę i uśmiechnęła się do przyjaciółki. Nic nie pomogło i nic nie miało pomóc, ani eliksiry, ani bezpośrednie buchnięcie smoczym ogniem prosto w plecy.
– Tak, Beltane – skrzywiła się wyraźnie. Ten cholerny rytuał tak mocno namieszał w jej życiu… w jej związku… że wierzyła, że w życiu Cynthii mógł zrobić podobne spustoszenie. Pytanie tylko jak bardzo? Chciała wiedzieć. Kolejny powód na to, żeby się złościć na rzeczy, na które nie miała żadnego wpływu.
– W skali od jeden do dziesięć? – prawie jak u lekarza. W skali od jeden do dziesięć jak bardzo panią boli, jeśli jeden to mały ból? Ale Cynthia była przecież magimedykiem, ukończyła wszystkie kursy, to wiele się nie pomyliła. – Jeśli jeden to „może być” to daję temu dziewięć – dziesięć byłoby wtedy, gdyby nie zdążyła w czerwcu znaleźć Sauriela na czas. Przez moment skupiła się na jedzeniu, co trochę dawało jej czas, na przemyślenie odpowiedzi. Tak między prawdą a bogiem, doskonale wiedziała o co Cynthia będzie pytać, nie trzeba było do tego mieć zdolności profetycznych. I nie chodziło też o wprowadzenie między nie żadnego dramatyzmu, nic z tych rzeczy. Bardziej zastanawiała się jak to wszystko ująć w słowa. Jak no przewartościować. Łagodnie? Prawdziwie?
– Czuję się okropnie, jest beznadziejnie – powiedziała w końcu, uznawszy, że to i tak nie ma sensu, bo Cyjanek potrafiła, gdy chciała, czytać z niej jak z otwartej księgi. Znały się trochę za długo na to kręcenie i kluczenie. – Nawet nie wiem… Nawet nie wiem od czego miałabym zacząć – stwierdziła i przeniosła na moment spojrzenie ciemnych oczu na blondynkę, chwilowo zawieszając jedzenie. – To najbardziej pojebany okres w moim życiu, a wychowała mnie Isabella Lestrange, to już wiele mówi – wymamrotała z przekąsem i miast wrócić do jedzenia, to sięgnęła po wino, by wypić duszkiem połowę kieliszka. I nie chodziło tylko o Sauriela, o nie, choć pewnie byłoby jej odrobinę łatwiej, gdyby między nimi było jakoś… poukładane. A nie było. Status ich relacji brzmiał: to skomplikowane chyba w każdym możliwym aspekcie. I jednocześnie żadne z nich nie chciało zerwać kontaktu, wiedząc, że mają tak naprawdę prawdziwie czystą kartę. – Jebać Beltane – sarknęła, mając na myśli wszystko co było z tym dniem związane. Dla Cynthii też. Nic dziwnego, że na Lithcie jej noga nie postała nawet.