01.03.2024, 00:36 ✶
Przepotężna ilość roślin i kwiatów odwracała skutecznie uwagę od wszędobylskiego różu; flora lokalu chyba nawet kupiła Mewę. Trochę czuła się jak u siebie w pokoju, gdzie trzeba było się przedzierać przez zwisające z sufitu i ścian pnącza oraz paprotki, które przy okazji zręcznie ukrywały syf powstały przez nagromadzone bibeloty i ubrania walające się po ziemi.
Spostrzegła obrazy kotów wystające spomiędzy kwiatków, ale jeszcze nie spostrzegła tego na oknie. Może to i dobrze, bo jeszcze nie kręciło jej w nosie, a gdyby dotarło do niej, że wdepnęła w sierściuchowe piekiełko, to zakichałaby pół lady ze stresu. Gdyby była przezorna choć trochę, ciutkę mądrzejsza, to nosiłaby eliksiry na alergię przy sobie, ale Mewa ewidentnie praktykowała zasadę "kto umrze, ten umrze, bogowie rozpoznają swoich".
Czyli ją pominą i jakoś to będzie.
- Niezła dżungla - oświadczyła, uśmiechając się ze szczerym zadowoleniem wypisanym na twarzy. Postąpiła z nogi na nogę, nieco nerwowo, bo nigdy w życiu nie starała się o pracę i nie umiała zagadać jak normalny człowiek. Gdyby chodziło tu o podrywanie właścicielki, to nawet by się nie zająknęła - to był dla Maeve chleb powszedni. Tylko że to akurat wydawało jej się nie na miejscu, a więc pozostawał ten nieszczęsny small talk.
- To, i może chęć podprowadzenia kilku naszczepek tamtego zamiokulkasa - odparła nieco odważnie na pytanie o to, co ją tu sprowadza, i wskazała na roślinę w rogu pomieszczenia. Zaśmiała się po fakcie, chcąc pokazać, że to żart, że nie zamierza na serio kraść.
Przynajmniej jeszcze nie miała takich planów, ale zewu kleptomaniaka zwykle się właśnie nie planuje.
Nora - domyślała się, że to jej imię, skoro było w nazwie lokalu - wydawała się na pierwszy rzut oka sympatyczna. Jakby to określiła jej matka? Ach tak, pocziwa. Była tym rodzajem człowieka, którego nie spotyka się zazwyczaj na Nokturnie, bo albo wiedziony zdrowym rozsądkiem się tam nigdy nie pojawia, albo zostaje zjedzony żywcem w ciągu kilku godzin. Mewa czuła się postawiona w niejakim kontraście z kobietą, bo kiedy od tamtej emanowała empatia i ciepło, w przypadku Chang wyglądała nieco jakby była dobrym dzieckiem, ale miała w kartotece wizytę w poprawczaku.
- Żarty żartami, ale tak, szukam pracy - oświadczyła, starając się z całej siły patrząc Norze w oczy, ale tym razem nie odwracało jej uwagi nawet nic cielesnego, a słodycze postawione przed nimi. Maeve była gotowa wsunąć to wszystko nosem, a potem zabrać się za to, co było za ladą. Ba, głównie przecież te pączki ją do spróbowania sił w rekrutacji tutaj zwabiły. Ale nie była też zwierzęciem bez krzty taktu, wiedziała, że dopóki ktoś wprost nie powie częstuj się (ewentualnie nie odwróci wzroku na chwilę), to się nie powinno pchać z łapami po nieswoje. - Generalnie to bardziej dorywczo, bo muszę pomagać w rodzinnym biznesie, ale jak się można domyślić... Rodziny imigrantów słabo płacą - oświadczyła pół żartem, pół serio, po czym uniosła wzrok ze słodkości i uśmiechnęła się niezręcznie. Mewa miała tyle zapłaty, co sobie nakradła i naoszukiwała. Ze ślęczenia za ladą Palarni nie miała absolutnie nic, poza dachem nad głową oczywiście. Ale za to płaciła już nadszarpaną psychiką.
- Swoją drogą, nazywam się Maeve - przedstawiła się wreszcie, wyciągając rękę w kierunku Nory. - I w sumie głupio się przyznać, ale nigdy wcześniej nie szukałam pracy - przynajmniej nie w konwencjonalny sposób - więc nie wiem, co powinnam w zasadzie więcej powiedzieć. Masz jakieś pytania? - Zapytała nieśmiało, poprawiając przydużą kraciastą koszulę narzuconą na podkoszulek, chyba dla uspokojenia wędrujących z nerwów rąk. Miała przeczucie, że nie robiła najlepszego wrażenia, chyba nie tak się sprzedawało samego siebie jako przyszły pracownik. Ale w sumie, czy sprzedawanie wypieków było trudniejsze od sprzedawania opium?
Spostrzegła obrazy kotów wystające spomiędzy kwiatków, ale jeszcze nie spostrzegła tego na oknie. Może to i dobrze, bo jeszcze nie kręciło jej w nosie, a gdyby dotarło do niej, że wdepnęła w sierściuchowe piekiełko, to zakichałaby pół lady ze stresu. Gdyby była przezorna choć trochę, ciutkę mądrzejsza, to nosiłaby eliksiry na alergię przy sobie, ale Mewa ewidentnie praktykowała zasadę "kto umrze, ten umrze, bogowie rozpoznają swoich".
Czyli ją pominą i jakoś to będzie.
- Niezła dżungla - oświadczyła, uśmiechając się ze szczerym zadowoleniem wypisanym na twarzy. Postąpiła z nogi na nogę, nieco nerwowo, bo nigdy w życiu nie starała się o pracę i nie umiała zagadać jak normalny człowiek. Gdyby chodziło tu o podrywanie właścicielki, to nawet by się nie zająknęła - to był dla Maeve chleb powszedni. Tylko że to akurat wydawało jej się nie na miejscu, a więc pozostawał ten nieszczęsny small talk.
- To, i może chęć podprowadzenia kilku naszczepek tamtego zamiokulkasa - odparła nieco odważnie na pytanie o to, co ją tu sprowadza, i wskazała na roślinę w rogu pomieszczenia. Zaśmiała się po fakcie, chcąc pokazać, że to żart, że nie zamierza na serio kraść.
Przynajmniej jeszcze nie miała takich planów, ale zewu kleptomaniaka zwykle się właśnie nie planuje.
Nora - domyślała się, że to jej imię, skoro było w nazwie lokalu - wydawała się na pierwszy rzut oka sympatyczna. Jakby to określiła jej matka? Ach tak, pocziwa. Była tym rodzajem człowieka, którego nie spotyka się zazwyczaj na Nokturnie, bo albo wiedziony zdrowym rozsądkiem się tam nigdy nie pojawia, albo zostaje zjedzony żywcem w ciągu kilku godzin. Mewa czuła się postawiona w niejakim kontraście z kobietą, bo kiedy od tamtej emanowała empatia i ciepło, w przypadku Chang wyglądała nieco jakby była dobrym dzieckiem, ale miała w kartotece wizytę w poprawczaku.
- Żarty żartami, ale tak, szukam pracy - oświadczyła, starając się z całej siły patrząc Norze w oczy, ale tym razem nie odwracało jej uwagi nawet nic cielesnego, a słodycze postawione przed nimi. Maeve była gotowa wsunąć to wszystko nosem, a potem zabrać się za to, co było za ladą. Ba, głównie przecież te pączki ją do spróbowania sił w rekrutacji tutaj zwabiły. Ale nie była też zwierzęciem bez krzty taktu, wiedziała, że dopóki ktoś wprost nie powie częstuj się (ewentualnie nie odwróci wzroku na chwilę), to się nie powinno pchać z łapami po nieswoje. - Generalnie to bardziej dorywczo, bo muszę pomagać w rodzinnym biznesie, ale jak się można domyślić... Rodziny imigrantów słabo płacą - oświadczyła pół żartem, pół serio, po czym uniosła wzrok ze słodkości i uśmiechnęła się niezręcznie. Mewa miała tyle zapłaty, co sobie nakradła i naoszukiwała. Ze ślęczenia za ladą Palarni nie miała absolutnie nic, poza dachem nad głową oczywiście. Ale za to płaciła już nadszarpaną psychiką.
- Swoją drogą, nazywam się Maeve - przedstawiła się wreszcie, wyciągając rękę w kierunku Nory. - I w sumie głupio się przyznać, ale nigdy wcześniej nie szukałam pracy - przynajmniej nie w konwencjonalny sposób - więc nie wiem, co powinnam w zasadzie więcej powiedzieć. Masz jakieś pytania? - Zapytała nieśmiało, poprawiając przydużą kraciastą koszulę narzuconą na podkoszulek, chyba dla uspokojenia wędrujących z nerwów rąk. Miała przeczucie, że nie robiła najlepszego wrażenia, chyba nie tak się sprzedawało samego siebie jako przyszły pracownik. Ale w sumie, czy sprzedawanie wypieków było trudniejsze od sprzedawania opium?
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —