07.12.2022, 17:35 ✶
Zażenowanie. To słowo było kwintesencją tego, jak Fergus czuł się w tej sytuacji. Chciał tylko zostawić te cholerne książki, może podenerwować trochę Cynthię i wrócić do domu, zaszywając się gdzieś poza zasięgiem sokolego wzroku ojca. Nie znał Castiela. Poza jakimiś suchymi faktami, jak nazwisko, data urodzenia (tylko dlatego, że znał Cynthii) czy miejsce pracy i zamieszkania nie posiadał o nim specjalnie przydatnych informacji. I zapewne vice versa. Krótkie pogawędki w szkole czy uwagi na temat pogody, kiedy mijali się w drzwiach tego domu nie sprawiały zaraz, że byli zażyłymi przyjaciółmi. Nic więc dziwnego, że czuł się trochę nieswojo. Jednak gościnności Flintom nie można było odmówić.
- Szczerze, ja też nie – mruknął, wzruszając ramionami. Zdecydowanie był przemęczony i wyrzucał z siebie słowa bez ładu i składu, nie zastanawiając się nad ich sensem, ani tym bardziej powodem ich użycia. Najwyraźniej Castiel był w podobnym stanie, co oznaczało, że do niczego konkretnego w ewentualnej dyskusji nie dojdą. A może wręcz przeciwnie, skoro wyszliby poza ramy zwyczajowego myślenia?
Może oderwanie od pracy by mu nie zaszkodziło? W gruncie rzeczy nawet jeśli nie siedział w sklepie, pracował nad książkami, a to też męczyło zarówno umysł, jak i ciało. Nie dawał sobie chwili wytchnienia poza tymi wieczorami, które spędzał u Nory, narzekając na sens istnienia i swoją rodzinę.
Miał ogromną ochotę zapalić, ale chyba nie wypadało tego robić w czyimś domu. Musiało poczekać.
- No właśnie, znam ją – na swój sposób – odpowiedział, śmiejąc się, na co mógł sobie pozwolić tylko dlatego, że bliźniaczki Castiela nie było w pobliżu. Nie miał pojęcia, jak zachowywała się przy swoim rodzeństwie i pewnie była to jakaś nieznana Fergusowi wersja tej kobiety, łagodniejsza i swobodniejsza. Ollivander jednak uruchamiał w niej coś, co tylko go nakręcało, by sprawić, żeby w końcu wybuchła. – Chciała mnie kiedyś przerobić na galion, cokolwiek to jest.
Miał dziwne wrażenie, że to dotyczyło czegoś związanego ze statkami, ale równie dobrze mogło być pojęciem medycznym. Ciężko mu było stwierdzić, bo akurat te dwie dziedziny niespecjalnie go interesowały, więc nie poświęcał im w ogóle uwagi. A może to jakaś wyspiarska potrawa nieznana zwykłym szczurom lądowym? Merlin jeden wiedział.
- Zaklęcia czyszczące to nie moja bajka – przyznał, nie spuszczając wzroku z książek. Czy jeśli będzie im się przyglądał wystarczająco długo, przetransmutują się w nowiuteńkie egzemplarze? – Mydliny raczej nie współgrają z papierem.
Z drugiej strony papier to drewno, a z tym potrafił pracować. Gdyby poświęcił temu choć odrobinę czasu, może cokolwiek by z tego wyszło? Szkoda, że nie wpadł na to wcześniej. Naprawdę potrzebował odpoczynku, skoro tak banalne w swej prostocie pomysły przychodziły mu do głowy grubo po fakcie.
- Z pół roku temu? Jak nie dłużej – odpowiedział mu, przyjmując butelkę. – Ale pierwszy raz zostałem wpuszczony do salonu – dodał jeszcze i ponownie rozejrzał się zaciekawiony po magicznie oczyszczonym pomieszczeniu. – Zabawne te wasze ciotki. Macie ich tu więcej? – dodał, nawiązując do portretu, z którym wcześniej walczył Castiel. Upił łyk piwa korzennego, czując na języku cierpki smak. Tego właśnie potrzebował.
- Szczerze, ja też nie – mruknął, wzruszając ramionami. Zdecydowanie był przemęczony i wyrzucał z siebie słowa bez ładu i składu, nie zastanawiając się nad ich sensem, ani tym bardziej powodem ich użycia. Najwyraźniej Castiel był w podobnym stanie, co oznaczało, że do niczego konkretnego w ewentualnej dyskusji nie dojdą. A może wręcz przeciwnie, skoro wyszliby poza ramy zwyczajowego myślenia?
Może oderwanie od pracy by mu nie zaszkodziło? W gruncie rzeczy nawet jeśli nie siedział w sklepie, pracował nad książkami, a to też męczyło zarówno umysł, jak i ciało. Nie dawał sobie chwili wytchnienia poza tymi wieczorami, które spędzał u Nory, narzekając na sens istnienia i swoją rodzinę.
Miał ogromną ochotę zapalić, ale chyba nie wypadało tego robić w czyimś domu. Musiało poczekać.
- No właśnie, znam ją – na swój sposób – odpowiedział, śmiejąc się, na co mógł sobie pozwolić tylko dlatego, że bliźniaczki Castiela nie było w pobliżu. Nie miał pojęcia, jak zachowywała się przy swoim rodzeństwie i pewnie była to jakaś nieznana Fergusowi wersja tej kobiety, łagodniejsza i swobodniejsza. Ollivander jednak uruchamiał w niej coś, co tylko go nakręcało, by sprawić, żeby w końcu wybuchła. – Chciała mnie kiedyś przerobić na galion, cokolwiek to jest.
Miał dziwne wrażenie, że to dotyczyło czegoś związanego ze statkami, ale równie dobrze mogło być pojęciem medycznym. Ciężko mu było stwierdzić, bo akurat te dwie dziedziny niespecjalnie go interesowały, więc nie poświęcał im w ogóle uwagi. A może to jakaś wyspiarska potrawa nieznana zwykłym szczurom lądowym? Merlin jeden wiedział.
- Zaklęcia czyszczące to nie moja bajka – przyznał, nie spuszczając wzroku z książek. Czy jeśli będzie im się przyglądał wystarczająco długo, przetransmutują się w nowiuteńkie egzemplarze? – Mydliny raczej nie współgrają z papierem.
Z drugiej strony papier to drewno, a z tym potrafił pracować. Gdyby poświęcił temu choć odrobinę czasu, może cokolwiek by z tego wyszło? Szkoda, że nie wpadł na to wcześniej. Naprawdę potrzebował odpoczynku, skoro tak banalne w swej prostocie pomysły przychodziły mu do głowy grubo po fakcie.
- Z pół roku temu? Jak nie dłużej – odpowiedział mu, przyjmując butelkę. – Ale pierwszy raz zostałem wpuszczony do salonu – dodał jeszcze i ponownie rozejrzał się zaciekawiony po magicznie oczyszczonym pomieszczeniu. – Zabawne te wasze ciotki. Macie ich tu więcej? – dodał, nawiązując do portretu, z którym wcześniej walczył Castiel. Upił łyk piwa korzennego, czując na języku cierpki smak. Tego właśnie potrzebował.