01.03.2024, 01:10 ✶
Mewa też nie słyszała trzasku teleportacji, a przecież znała go doskonale, bo korzystała z niej praktycznie codziennie. Ale z drugiej strony waliły się jej na głowę puszki i paczuszki, a przez jedną z nich dzwoniło jej w uszach. Może faktycznie tak się niefortunnie zdarzyło, że obydwie pominęły ten szczegół i gość po prostu się zręcznie ewakuował?
Nie była rozsierdzona jak siostra, choć trzeba przyznać, że pewnie byłaby równie wściekła, jeśli nie gorzej, gdyby to ona sama ledwie uszła z życiem z takiego zajścia. Była bardziej zaskoczona bezczelnością i odwagą napastnika, bo dosłownie wpakował się gołym tyłkiem w gniazdo jadowitych żmii. Może nie robił tego z własnej woli, może ktoś go zmusił, ale to wcale nie tłumaczyło tej bezmyślnej buty - wielu stałych bywalców Nokturnu wybrałoby "honorowe" samobójstwo, gdyby ktoś postawił ich przed wyborem tego, albo rozjuszenia Madeleine Chang. Ba, Mewa była pewna, że niejeden już kiedyś taki wybór podjął; słuszny, swoją drogą.
- Więcej niż jednej wątroby z niego nie uszczkniesz - odpowiedziała całkiem serio, nie rozumiejąc w pierwszej instancji, że to była tylko taka generalna groźba, co się miała rozumieć samo przez się. Mewa brała wiele rzeczy w dosłownym znaczeniu, bo drugie dno czy alegorie ją zwyczajnie omijały. Nie była najostrzejszym narzędziem w tym przybytku, a Marylki nie powinno to wcale dziwić.
Nie przejmowała się też ani losem różdżki siostry, ani losem ochroniarza. Niech im ziemia lekką będzie, śpijcie słodko, aniołki. Maeve w tym momencie przeżywała żałobę za swoją późną kolacją, choć nie planowała się mimo wszystko rozpłakać. Trochę wisiała nad tą rozbitą miską, zastanawiając się, czy zaklęcie nie naprawi szkody, ale potem przypomniała sobie, co miało kontakt z tą podłogą. Nie chciała znaleźć w swoim makaronie z odzysku czyjegoś zęba, błota naniesionego z okolicznych kanałów wraz z tasiemcem, ani nie marzyła, co by zagryźć to wszystko zagubionym liściem trującego bluszczu. Debata jednak trwała w tej pustej głowie, bo wciąż czuła zapach tego makaronu i leciutko wygrywał walkę z odorem całej reszty.
- Ale ja jestem głodna teraz, Marilla - oświadczyła zirytowana, nie chcąc czekać, aż łaskawie zrobi jej jeść po rozmowie z matką. Przecież ta przemiła pogawędka mogła trwać długo, Mads zacznie to analizować, myśleć, kto to mógł być, a potem znajdzie Mewie jakieś zadanie bojowe. Zawsze to się tak kończyło, z byciem darmową siłą roboczą o burczącym brzuchu.
Nagła zmiana tonu głosu siostry zbiła ją z tropu. Przed chwilą gotowała się do walki - jeśli nie w parterze, to choćby do słownej - o kolację szybciej niż później. To była istotna kwestia, ważniejsza od szukania dawcy wątroby, który w przypływie szaleństwa zdecydował się szturmować pierwszy krąg tutejszego piekła. Ale ten nadmiar spokoju, oaza wypływająca z głosu, była zwyczajnie nieprzyjemna. Znowu zacisnęła palce na pałeczkach, jakby miała się zaraz odwrócić o 180 stopni i wydłubać oczy czemukolwiek, co czai się jej za plecami.
- Jak to zajebał Palarnię? - powtórzyła po siostrze, zaczynając się zastanawiać, czy aby przypadkiem jej ten gość w czerep nie przysadził i nie majaczyła. Jak im ktoś mógł wynieść cały lokal niepostrzeżenie? Podniósł ściany i się odmeldował? - Dobrze się czujesz? -
Poszła za siostrą i przekroczyła kotarę. Zamiast znajomego półmroku otulonego dymem palonego opium, którego zapach skutecznie tłumił smród tłumów gaworzących przy stolikach, ujrzała ład i porządek zwyczajnego domu. Zamrugała kilkukrotnie, nieświadomie stojąc tam z otwartymi ustami. Przed chwilą chciała coś zapytać Marylkę, pewnie o to, czy nie jest czasem głupia - teraz nie miała już zielonego pojęcia, co miała powiedzieć.
- Pojebana akcja - wydusiła wreszcie, nie mogąc się posiąść ze zdziwienia. Co to była za dzika przejażdżka? - Co to właściwie za miejsce? - zapytała, licząc, że może chociaż Marilla je poznaje. Taki ułożony, przyziemny wystrój był taką rzadkością na Nokturnie, że Mewie zwyczajnie nie przychodziło do głowy, gdzie w ogóle się mogły znaleźć.
Nie była rozsierdzona jak siostra, choć trzeba przyznać, że pewnie byłaby równie wściekła, jeśli nie gorzej, gdyby to ona sama ledwie uszła z życiem z takiego zajścia. Była bardziej zaskoczona bezczelnością i odwagą napastnika, bo dosłownie wpakował się gołym tyłkiem w gniazdo jadowitych żmii. Może nie robił tego z własnej woli, może ktoś go zmusił, ale to wcale nie tłumaczyło tej bezmyślnej buty - wielu stałych bywalców Nokturnu wybrałoby "honorowe" samobójstwo, gdyby ktoś postawił ich przed wyborem tego, albo rozjuszenia Madeleine Chang. Ba, Mewa była pewna, że niejeden już kiedyś taki wybór podjął; słuszny, swoją drogą.
- Więcej niż jednej wątroby z niego nie uszczkniesz - odpowiedziała całkiem serio, nie rozumiejąc w pierwszej instancji, że to była tylko taka generalna groźba, co się miała rozumieć samo przez się. Mewa brała wiele rzeczy w dosłownym znaczeniu, bo drugie dno czy alegorie ją zwyczajnie omijały. Nie była najostrzejszym narzędziem w tym przybytku, a Marylki nie powinno to wcale dziwić.
Nie przejmowała się też ani losem różdżki siostry, ani losem ochroniarza. Niech im ziemia lekką będzie, śpijcie słodko, aniołki. Maeve w tym momencie przeżywała żałobę za swoją późną kolacją, choć nie planowała się mimo wszystko rozpłakać. Trochę wisiała nad tą rozbitą miską, zastanawiając się, czy zaklęcie nie naprawi szkody, ale potem przypomniała sobie, co miało kontakt z tą podłogą. Nie chciała znaleźć w swoim makaronie z odzysku czyjegoś zęba, błota naniesionego z okolicznych kanałów wraz z tasiemcem, ani nie marzyła, co by zagryźć to wszystko zagubionym liściem trującego bluszczu. Debata jednak trwała w tej pustej głowie, bo wciąż czuła zapach tego makaronu i leciutko wygrywał walkę z odorem całej reszty.
- Ale ja jestem głodna teraz, Marilla - oświadczyła zirytowana, nie chcąc czekać, aż łaskawie zrobi jej jeść po rozmowie z matką. Przecież ta przemiła pogawędka mogła trwać długo, Mads zacznie to analizować, myśleć, kto to mógł być, a potem znajdzie Mewie jakieś zadanie bojowe. Zawsze to się tak kończyło, z byciem darmową siłą roboczą o burczącym brzuchu.
Nagła zmiana tonu głosu siostry zbiła ją z tropu. Przed chwilą gotowała się do walki - jeśli nie w parterze, to choćby do słownej - o kolację szybciej niż później. To była istotna kwestia, ważniejsza od szukania dawcy wątroby, który w przypływie szaleństwa zdecydował się szturmować pierwszy krąg tutejszego piekła. Ale ten nadmiar spokoju, oaza wypływająca z głosu, była zwyczajnie nieprzyjemna. Znowu zacisnęła palce na pałeczkach, jakby miała się zaraz odwrócić o 180 stopni i wydłubać oczy czemukolwiek, co czai się jej za plecami.
- Jak to zajebał Palarnię? - powtórzyła po siostrze, zaczynając się zastanawiać, czy aby przypadkiem jej ten gość w czerep nie przysadził i nie majaczyła. Jak im ktoś mógł wynieść cały lokal niepostrzeżenie? Podniósł ściany i się odmeldował? - Dobrze się czujesz? -
Poszła za siostrą i przekroczyła kotarę. Zamiast znajomego półmroku otulonego dymem palonego opium, którego zapach skutecznie tłumił smród tłumów gaworzących przy stolikach, ujrzała ład i porządek zwyczajnego domu. Zamrugała kilkukrotnie, nieświadomie stojąc tam z otwartymi ustami. Przed chwilą chciała coś zapytać Marylkę, pewnie o to, czy nie jest czasem głupia - teraz nie miała już zielonego pojęcia, co miała powiedzieć.
- Pojebana akcja - wydusiła wreszcie, nie mogąc się posiąść ze zdziwienia. Co to była za dzika przejażdżka? - Co to właściwie za miejsce? - zapytała, licząc, że może chociaż Marilla je poznaje. Taki ułożony, przyziemny wystrój był taką rzadkością na Nokturnie, że Mewie zwyczajnie nie przychodziło do głowy, gdzie w ogóle się mogły znaleźć.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —