01.03.2024, 01:34 ✶
To, że praca w Mungu była dla niego niezwykle ważna nie było raczej niczym szokującym. Przynajmniej dla ludzi, którzy mieli okazję go poznać. Już od małego czuł usilną, naturalną chęć niesienia pomocy potrzebującym. Jako mały dzieciak, odreagowywał to, pomagając rodzicom w aptece. To właśnie od nich złapał bakcyla, który w okresie szkolnym pchał go do rozwijania zdolności leczniczych. To właśnie tym siedmiu długim latom zawdzięczał to, że dostał się na naukę w tym szpitalu, który na dobre stał się jego drugim domem. Jasne, nie zawsze było kolorowo, ale chyba nic innego nie sprawiało mu takiej satysfakcji. Na koniec dnia czuł, że robi różnicę. Jego wkład nie był może ogromny, ale nigdy się nie zrażał. Uparcie i wytrwale parł do przodu, przy okazji sprzeciwiając się wszelkim przeciwnościom losu. Bo przecież to, co najważniejsze już miał.
Tak ogromny zapał do pracy niósł ze sobą jednak także sporo minusów. Największym, przynajmniej dla rodziny i bliskich, było to, że nie potrafił sobie odpuścić. Jeśli tylko mógł, siedział w pracy. Brał na siebie dyżury, których nie chcieli inni, nierzadko zostając przy tym po godzinach. Bo przecież ludzie potrzebują pomocy ciągle, a nie tylko wtedy, gdy ma na to czas. W swojej krótkiej mimo wszystko karierze przerobił dość imponującą liczbę nadgodzin, co prawdopodobnie równałoby się już małej fortunie, ale Lupin nie robił tego dla korzyści. Większość należności wciąż nie została odebrana, ale nie śpieszyło mu się z odebraniem ich. Tak w zasadzie to ciężko stwierdzić, czy był w ogóle świadomy tego faktu. Jasne, czasami ktoś próbował go przekonać, żeby pogadał z dyrekcją, ale zbywał to twierdzeniem, że zajmie się tym później. Oczywiście nigdy to nie następowało. Bo po co mu galeony. Zamiast tego wolałby wynaleźć leki na choroby, które wciąż były sporym zagrożeniem dla społeczeństwa. Praca była najważniejsza.
Dzisiejszego wieczoru nie było inaczej. Godziny pracy skończyły się jakieś trzy godziny wcześniej, ale Cedric uparcie został na stanowisku, ignorując przy tym przyjacielskie sugestie, wedle których miał odpocząć i złapać trochę snu. Dopiero gdy większość pacjentów leżała już w łóżkach, uległ bardziej już poleceniom służbowym niż sugestiom Florence. Zgarnąwszy z gabinetu swoją torbę, ruszył w stronę wyjścia, w głowie robiąc już listę obowiązków na następny dzień. Pani Williams wymagała dłuższych badań, a pan Smith musiał mieć zmienione dawki leków. Ach, tyle roboty i tak mało czasu. Gdyby tylko komuś udało się wynaleźć eliksir, który sprawiłby, że ludzie nie potrzebowaliby snu.
Z tego zamyślenia wyrwał go nagłe, głośne kichnięcie. Hałas skutecznie oderwał go od pracy, dzięki czemu dostrzegł, że w lobby stała dość dobrze znana mu postać. Musiał przyznać, że dawno nie widział już Vio. Na zmęczonej twarzy mimowolnie pojawił się ciepły, przyjazny uśmiech, który odrobinę gryzł się z podkrążonymi, lekko zakrwawionymi oczami. Odpoczynek poczeka. Przecież nie mógł jej tutaj tak zostawić.
— Nie wypuszczę Cię w takim stanie. Wezmę tylko kit... — zaczął, ale urywał, gdy zorientował się, że ciągle był w stroju roboczym. — Dobra, nieważne. Chodź, przebadam cię w gabinecie i przepiszę leki — rzucił, zerkając w stronę przyjaciółki. — Nie daj się prosić. Twoja mama urwie mi głowę, jeśli się dowie, że wypuściłem cię ot tak — dodał jeszcze, mając nadzieję, że ten argument ją przekona.
Tak ogromny zapał do pracy niósł ze sobą jednak także sporo minusów. Największym, przynajmniej dla rodziny i bliskich, było to, że nie potrafił sobie odpuścić. Jeśli tylko mógł, siedział w pracy. Brał na siebie dyżury, których nie chcieli inni, nierzadko zostając przy tym po godzinach. Bo przecież ludzie potrzebują pomocy ciągle, a nie tylko wtedy, gdy ma na to czas. W swojej krótkiej mimo wszystko karierze przerobił dość imponującą liczbę nadgodzin, co prawdopodobnie równałoby się już małej fortunie, ale Lupin nie robił tego dla korzyści. Większość należności wciąż nie została odebrana, ale nie śpieszyło mu się z odebraniem ich. Tak w zasadzie to ciężko stwierdzić, czy był w ogóle świadomy tego faktu. Jasne, czasami ktoś próbował go przekonać, żeby pogadał z dyrekcją, ale zbywał to twierdzeniem, że zajmie się tym później. Oczywiście nigdy to nie następowało. Bo po co mu galeony. Zamiast tego wolałby wynaleźć leki na choroby, które wciąż były sporym zagrożeniem dla społeczeństwa. Praca była najważniejsza.
Dzisiejszego wieczoru nie było inaczej. Godziny pracy skończyły się jakieś trzy godziny wcześniej, ale Cedric uparcie został na stanowisku, ignorując przy tym przyjacielskie sugestie, wedle których miał odpocząć i złapać trochę snu. Dopiero gdy większość pacjentów leżała już w łóżkach, uległ bardziej już poleceniom służbowym niż sugestiom Florence. Zgarnąwszy z gabinetu swoją torbę, ruszył w stronę wyjścia, w głowie robiąc już listę obowiązków na następny dzień. Pani Williams wymagała dłuższych badań, a pan Smith musiał mieć zmienione dawki leków. Ach, tyle roboty i tak mało czasu. Gdyby tylko komuś udało się wynaleźć eliksir, który sprawiłby, że ludzie nie potrzebowaliby snu.
Z tego zamyślenia wyrwał go nagłe, głośne kichnięcie. Hałas skutecznie oderwał go od pracy, dzięki czemu dostrzegł, że w lobby stała dość dobrze znana mu postać. Musiał przyznać, że dawno nie widział już Vio. Na zmęczonej twarzy mimowolnie pojawił się ciepły, przyjazny uśmiech, który odrobinę gryzł się z podkrążonymi, lekko zakrwawionymi oczami. Odpoczynek poczeka. Przecież nie mógł jej tutaj tak zostawić.
— Nie wypuszczę Cię w takim stanie. Wezmę tylko kit... — zaczął, ale urywał, gdy zorientował się, że ciągle był w stroju roboczym. — Dobra, nieważne. Chodź, przebadam cię w gabinecie i przepiszę leki — rzucił, zerkając w stronę przyjaciółki. — Nie daj się prosić. Twoja mama urwie mi głowę, jeśli się dowie, że wypuściłem cię ot tak — dodał jeszcze, mając nadzieję, że ten argument ją przekona.