01.03.2024, 02:18 ✶
Kiedy cztery lata temu udzielał jej lekcji pokory, jak to ładnie nazywał, miała świadomość że odrobinę się chyba przeliczyła. Szła do niego bez większego planu, zwyczajnie chcąc go rozzłościć, skoro nie mogła podobnego żartu zrobić Lorettcie, a może zwyczajnie nie chciała, bo pójście akurat do niej, byłoby o wiele bardziej żałosne. Nikt jednak nie lubił, kiedy za siostrami ciągnęły się plotki, że były kurwami; faceci mogli pieprzyć na prawo i lewo kogo tylko chcieli i ile dusza zapragnęła, ale z jakiegoś dziwnego powodu okazywali się hipokrytami. Żaden nie nazwie przecież kolegi kurwą czy innym puszczalskim siurem, ale panna która sypia sobie gdzie popadnie z taką samą częstotliwością? Świętokradztwo, szczególnie dla panów braci i ojców.
Nawet dobrze się wtedy bawiła, pomijając oczywiście całą brutalną otoczkę, którą jej wtedy Louvain sprezentował, ale widok na jego twarzy? To jak traci kontrolę? Było coś w tym, co faktycznie sprawiało jej satysfakcję, nawet jeśli przegrywała na każdej innej linii. Przegrywała też za każdym następnym razem, ale to nie miała dla niej większego znaczenia, bo przecież grała w długodystansową rozgrywkę, a przynajmniej z uporem maniaka w ten sposób tłumaczyła sobie to wszystko, za każdym razem kiedy ukrywała wszystko to, co robił z Lestrange.
To było poniżające, oczywiście. Mógł to zobaczyć w jej oczach, za każdym razem kiedy przychodził, bo nie ważne jak bardzo się nie złościła, jak butna była, gdzieś pod spodem czaiło się to żałosne uczucie. Najśmieszniejsze jednak było dla niej w tym wszystkim to, jak kretyńsko zdawała się myśleć, że nie była to najgorsza rzecz, jaka ją w życiu spotkała. Zanadto nałykała się swoich własnych złudzeń (pewnie razem z tymi swoimi łzami), którymi się regularnie skarmiała, a dziejąca się jej krzywda zdawała się tylko to wszystko umacniać. Im bardziej bolało, tym mocniej wchłaniała ideę pomyśl, że to sen. Więc śniła. O rzeczach ładnych i przyjemnych, które mogły zmienić wykrzywioną zadowoleniem twarz Louvaina na coś o wiele bardziej zjadliwego.
Nie mogła jednak przestać myśleć o tym, że najbardziej poniżającą rzeczą, jaka spotkała ją w życiu, to miłość do Alexandra.
Nie wiedziała, czy była to wina wspomnień, czy może czegoś o wiele bardziej złożonego. Siedem długich lat robiło swoje. Pełen cykl, który skończył się, po to by mogli rozpocząć jakiś nowy, o wiele bardziej dla nich bolesny, w którym nie mogli odnaleźć się niczym dzieci we mgle. A może była to zasługa wiszących nad nimi przepowiedni, które wiązały ich ze sobą, albo raczej ją do niego, bo przecież to nie Mulciber słyszał je szeptane na ucho. Nawet jeśli nie była pewna, czy były one prawdziwe, trzymała je blisko serca, usprawiedliwiając nimi wiele. Wreszcie były też obietnice, te zwykłe, szeptane na ucho tak samo w najsłodszych jak i najprostszych chwilach, ale też te złożone podczas Lammas.
Ale mimo tego, jak czasem czuła się zdradzona, to nie do swojego Słońca czuła pretensje. Nawet nie do samej siebie, bo to wymagałoby nieco więcej samokrytyki z jej strony. I nawet nie do Loretty, bo nawet jeśli była problemem, to nie aż takim wielkim jak jej brat. Nawet jeśli ona sama to zaczęła, to cała krzywda była jego dziełem. Całe jego pierdolone niepowodzenie kończyło się na niej - idealnej do maltretowania laleczce, którą zawsze mógł znaleźć w tym samym miejscu, bo jak głupia czekała. Nie na niego, ale nie zmieniało to tego jak obsesyjnie próbowała trzymać się tego miejsca.
Najbardziej nienawidziła tego, że kiedy się nią bawił i miał humor na bycie delikatnym, albo po prostu nie aż tak brutalnym jak zwykle, to nawet była mu wdzięczna. Tak samo jak nienawidziła świadomości, że gdyby nie poznała go od tej strony, to wiedziała że byłaby w stanie go polubić.
Czasem nawet miała wrażenie, że odnajduje pewną przyjemność w tym, kiedy ją całował, jakby próbowała w tych drobnych chwilach miękkości znaleźć jakieś pocieszenie. Czasem oddawała te czułości, chyba tylko żeby go podrażnić, a czasem ściągała potem usta w zniechęconym grymasie, dokładnie tak jak teraz.
Kiedy ją puścił, wracając na miejsce, zmarszczyła lekko brwi, jakby wciąż czuła na ustach chłód jego warg. Było przez to w jej spojrzeniu coś podejrzliwego, kiedy znowu spojrzała mu w oczy, a może była to reakcja na rzekomy układ, albo promyczku, które natarczywie zadźwięczało jej w głowie, a na którego brzmienie mimowolnie zacisnęła usta. Kiedy jednak tak na nią patrzył, paląc i wykłądając o co mu chodzi, faktycznie zajęła się wygładzeniem sukienki, czy fryzury, w końcu też przysiadając na krawędzi stołu.
- Loretta - podjęła z pewnym zniecierpliwieniem, sięgając po jedną z różdżek odłożonych na blat i obracając ją w palcach. Wybrała tę z hikory, jego własną, przyglądając jej się z pewnym zaciekawieniem, ale też i ostrożnością, bo przecież różdżki potrafiły mieć swoje własne humorki. - Znosi takie zachowanie od lat. On znika, a kiedy wraca, ona czeka na niego z otwartymi ramionami - i nogami. Brzmiała, jakby tłumaczyło mu jedną z fundamentalnych rzeczy, bo prawdę powiedziawszy, była już chyba specjalistką jeśli chodzi o zachowania i tendencje Alexandra. Bo to do niej wracał, kiedy znikał z oczu Lorettcie. To z nim przerzucała się ostrzeżeniami, ze jeszcze raz i odwrócą się od siebie na dobre, wracając do swoich innych partnerów. On do Lestrange, ona do Degenhardta. - A to znaczy, że wybaczyła mu niejedną zdradę. Po krótszym czy dłuższym czasie, to nie ma znaczenia. Jeśli chcesz ją na to złapać, to musi być to zdrada z wielkiej litery. Musi wybrać mnie ponad nią w taki sposób, żeby nie miała wątpliwości co do tego, że nie jest w jego życiu najważniejsza - odchyliła się, podpierając ręką o blat i zakładając nogę na nogę. - Nie wątpię w to, Lou, że wasza miłość jest niezwykle głęboka, nawet jak na rodzeństwo, ale widzisz nie możesz wiecznie stać przede mną. Ale załóżmy, że no staniesz w mojej obronie, tak? - machała jego różdżką między palcami, wciąż jednak nie spuszczając z niego spojrzenia. - Zraniona kobieta to bardzo nieprzyjemna osoba i czy jesteś absolutnie przekonany, kiedy uświadomi sobie zdradę Alexandra, a potem ty ją zdradzisz, próbując zapobiec nieszczęściu, to zasady gry się nie zmienią? - zapytała, chociaż było to bardziej retoryczne zagadnienie. Ona na przykład, rozpierdoliłaby Hadesa w podanym właśnie scenariuszu.
- Mnie? Chyba faktycznie coś musi być na rzeczy, skoro tak gorliwie o mnie zabiegasz - uśmiechnęła się do niego uroczo, przywołując na twarz delikatny rumieniec. - Ale skoro taka jest twoja cena, czemu nie. Wykorzystam swoje umiejętności ku chwale Naprawdę Potężnych Czarnoksiężników - uśmiechnęła się do niego złośliwie. To jak to ujął, zabrzmiało trochę jakby się do tych potężnych czarodziejów w ogóle nie zaliczał, ale jakimś cudem z nimi trzymał. Może faktycznie trafiła, nazywając przy Theonie całą tę zgraję kolegami. Chłopakami z podwórka co walczyli patykami z pokrzywami. A Louvain był bratem jednego z ziomeczków i mama kazała go zabrać z domu żeby się pobawił. Nawet jednak jeśli miała pewne obiekcje co do tego czy faktycznie ją obroni, to nie miała zamiaru odmawiać. Plan można było doszlifować, a oprócz tego - Rosie dopatrywała się w tym korzyści. Jak na przykład zasrani szmalcownicy nie będą jej problemem.
Kiedy tak na niego patrzyła, nie mogła nie zauważyć, jak delikatnie zmienia się jego maniera. Coś w wypowiadanych słowach tchnęło w niego coś nowego, jakby pokazując jej nową wersję Lestrange'a. To było ciekawe, ale Ambrosia nie potrzebowała się specjalnie długo zastanawiać nad tym, w co on w ogóle grał, albo raczej z kim. Alexander, Diana, Theon, Stanley - każde z nich miało swoje własne powody i w inny sposób sprzedało swoje sekrety, świadomie czy też nie, ale za dużo było tego wokół niej, żeby nie stała się podejrzliwa. Za bardzo wokół niej śmierdziało czarną magią.
- Eh, a muszę? Nie możesz do mnie podejść? - zapytała, machając trochę zwieszonymi ze stołu nogami, ale o ile faktycznie sam nie uległ, to zsunęła się z blatu i podeszła do niego, ujmując go za dłoń. Nie wzdrygnęła się jednak, jak można było się spodziewać po osobie, która się nie spodziewała co może ją czekać. Travers też tak wyciągnął do niej tę rękę, ale kiedy to zrobił, jej własne dłonie zaczęły błądzić dalej po przedramieniu czy jego twarzy. Teraz jednak, pozostawały zaciśnięte w jednym miejscu. - O, to coś nowego - rzuciła, wyraźnie zaskoczona, kiedy postanowił uciec się do nekromancji. - Ale z ciebie niegrzeczny chłopiec, nie wiesz, że za takie rzeczy zamykają? - uniosła lekko brew z kpiną, ale spod tego wyglądało na niego to, czego oczekiwał - ciekawość. - Wiesz co się stanie, kiedy ktoś pchnie w drugą stronę? - zapytała, spoglądając mu czujnie w oczy, ale sama nie uciekła się do zaklęcia.
Przejmujące uczucie zimna, które rozesłał po jej ciele, było zwyczajnie nieprzyjemne. Czy tak czuł się ktoś, kto umierał? Nie raz miała okazję dotykać kogoś, kto został przywrócony do życia za pomocą nekromancji, ale miała wrażenie, że nie umywało się to do chłodu, który trzymała teraz w dłoni. Ten był obcy i przejmujący, narastający w klatce piersiowej niepokojem, jakby przywołane tym gestem, miało jej stanąć przed oczami limbo.
Nawet dobrze się wtedy bawiła, pomijając oczywiście całą brutalną otoczkę, którą jej wtedy Louvain sprezentował, ale widok na jego twarzy? To jak traci kontrolę? Było coś w tym, co faktycznie sprawiało jej satysfakcję, nawet jeśli przegrywała na każdej innej linii. Przegrywała też za każdym następnym razem, ale to nie miała dla niej większego znaczenia, bo przecież grała w długodystansową rozgrywkę, a przynajmniej z uporem maniaka w ten sposób tłumaczyła sobie to wszystko, za każdym razem kiedy ukrywała wszystko to, co robił z Lestrange.
To było poniżające, oczywiście. Mógł to zobaczyć w jej oczach, za każdym razem kiedy przychodził, bo nie ważne jak bardzo się nie złościła, jak butna była, gdzieś pod spodem czaiło się to żałosne uczucie. Najśmieszniejsze jednak było dla niej w tym wszystkim to, jak kretyńsko zdawała się myśleć, że nie była to najgorsza rzecz, jaka ją w życiu spotkała. Zanadto nałykała się swoich własnych złudzeń (pewnie razem z tymi swoimi łzami), którymi się regularnie skarmiała, a dziejąca się jej krzywda zdawała się tylko to wszystko umacniać. Im bardziej bolało, tym mocniej wchłaniała ideę pomyśl, że to sen. Więc śniła. O rzeczach ładnych i przyjemnych, które mogły zmienić wykrzywioną zadowoleniem twarz Louvaina na coś o wiele bardziej zjadliwego.
Nie mogła jednak przestać myśleć o tym, że najbardziej poniżającą rzeczą, jaka spotkała ją w życiu, to miłość do Alexandra.
Nie wiedziała, czy była to wina wspomnień, czy może czegoś o wiele bardziej złożonego. Siedem długich lat robiło swoje. Pełen cykl, który skończył się, po to by mogli rozpocząć jakiś nowy, o wiele bardziej dla nich bolesny, w którym nie mogli odnaleźć się niczym dzieci we mgle. A może była to zasługa wiszących nad nimi przepowiedni, które wiązały ich ze sobą, albo raczej ją do niego, bo przecież to nie Mulciber słyszał je szeptane na ucho. Nawet jeśli nie była pewna, czy były one prawdziwe, trzymała je blisko serca, usprawiedliwiając nimi wiele. Wreszcie były też obietnice, te zwykłe, szeptane na ucho tak samo w najsłodszych jak i najprostszych chwilach, ale też te złożone podczas Lammas.
Ale mimo tego, jak czasem czuła się zdradzona, to nie do swojego Słońca czuła pretensje. Nawet nie do samej siebie, bo to wymagałoby nieco więcej samokrytyki z jej strony. I nawet nie do Loretty, bo nawet jeśli była problemem, to nie aż takim wielkim jak jej brat. Nawet jeśli ona sama to zaczęła, to cała krzywda była jego dziełem. Całe jego pierdolone niepowodzenie kończyło się na niej - idealnej do maltretowania laleczce, którą zawsze mógł znaleźć w tym samym miejscu, bo jak głupia czekała. Nie na niego, ale nie zmieniało to tego jak obsesyjnie próbowała trzymać się tego miejsca.
Najbardziej nienawidziła tego, że kiedy się nią bawił i miał humor na bycie delikatnym, albo po prostu nie aż tak brutalnym jak zwykle, to nawet była mu wdzięczna. Tak samo jak nienawidziła świadomości, że gdyby nie poznała go od tej strony, to wiedziała że byłaby w stanie go polubić.
Czasem nawet miała wrażenie, że odnajduje pewną przyjemność w tym, kiedy ją całował, jakby próbowała w tych drobnych chwilach miękkości znaleźć jakieś pocieszenie. Czasem oddawała te czułości, chyba tylko żeby go podrażnić, a czasem ściągała potem usta w zniechęconym grymasie, dokładnie tak jak teraz.
Kiedy ją puścił, wracając na miejsce, zmarszczyła lekko brwi, jakby wciąż czuła na ustach chłód jego warg. Było przez to w jej spojrzeniu coś podejrzliwego, kiedy znowu spojrzała mu w oczy, a może była to reakcja na rzekomy układ, albo promyczku, które natarczywie zadźwięczało jej w głowie, a na którego brzmienie mimowolnie zacisnęła usta. Kiedy jednak tak na nią patrzył, paląc i wykłądając o co mu chodzi, faktycznie zajęła się wygładzeniem sukienki, czy fryzury, w końcu też przysiadając na krawędzi stołu.
- Loretta - podjęła z pewnym zniecierpliwieniem, sięgając po jedną z różdżek odłożonych na blat i obracając ją w palcach. Wybrała tę z hikory, jego własną, przyglądając jej się z pewnym zaciekawieniem, ale też i ostrożnością, bo przecież różdżki potrafiły mieć swoje własne humorki. - Znosi takie zachowanie od lat. On znika, a kiedy wraca, ona czeka na niego z otwartymi ramionami - i nogami. Brzmiała, jakby tłumaczyło mu jedną z fundamentalnych rzeczy, bo prawdę powiedziawszy, była już chyba specjalistką jeśli chodzi o zachowania i tendencje Alexandra. Bo to do niej wracał, kiedy znikał z oczu Lorettcie. To z nim przerzucała się ostrzeżeniami, ze jeszcze raz i odwrócą się od siebie na dobre, wracając do swoich innych partnerów. On do Lestrange, ona do Degenhardta. - A to znaczy, że wybaczyła mu niejedną zdradę. Po krótszym czy dłuższym czasie, to nie ma znaczenia. Jeśli chcesz ją na to złapać, to musi być to zdrada z wielkiej litery. Musi wybrać mnie ponad nią w taki sposób, żeby nie miała wątpliwości co do tego, że nie jest w jego życiu najważniejsza - odchyliła się, podpierając ręką o blat i zakładając nogę na nogę. - Nie wątpię w to, Lou, że wasza miłość jest niezwykle głęboka, nawet jak na rodzeństwo, ale widzisz nie możesz wiecznie stać przede mną. Ale załóżmy, że no staniesz w mojej obronie, tak? - machała jego różdżką między palcami, wciąż jednak nie spuszczając z niego spojrzenia. - Zraniona kobieta to bardzo nieprzyjemna osoba i czy jesteś absolutnie przekonany, kiedy uświadomi sobie zdradę Alexandra, a potem ty ją zdradzisz, próbując zapobiec nieszczęściu, to zasady gry się nie zmienią? - zapytała, chociaż było to bardziej retoryczne zagadnienie. Ona na przykład, rozpierdoliłaby Hadesa w podanym właśnie scenariuszu.
- Mnie? Chyba faktycznie coś musi być na rzeczy, skoro tak gorliwie o mnie zabiegasz - uśmiechnęła się do niego uroczo, przywołując na twarz delikatny rumieniec. - Ale skoro taka jest twoja cena, czemu nie. Wykorzystam swoje umiejętności ku chwale Naprawdę Potężnych Czarnoksiężników - uśmiechnęła się do niego złośliwie. To jak to ujął, zabrzmiało trochę jakby się do tych potężnych czarodziejów w ogóle nie zaliczał, ale jakimś cudem z nimi trzymał. Może faktycznie trafiła, nazywając przy Theonie całą tę zgraję kolegami. Chłopakami z podwórka co walczyli patykami z pokrzywami. A Louvain był bratem jednego z ziomeczków i mama kazała go zabrać z domu żeby się pobawił. Nawet jednak jeśli miała pewne obiekcje co do tego czy faktycznie ją obroni, to nie miała zamiaru odmawiać. Plan można było doszlifować, a oprócz tego - Rosie dopatrywała się w tym korzyści. Jak na przykład zasrani szmalcownicy nie będą jej problemem.
Kiedy tak na niego patrzyła, nie mogła nie zauważyć, jak delikatnie zmienia się jego maniera. Coś w wypowiadanych słowach tchnęło w niego coś nowego, jakby pokazując jej nową wersję Lestrange'a. To było ciekawe, ale Ambrosia nie potrzebowała się specjalnie długo zastanawiać nad tym, w co on w ogóle grał, albo raczej z kim. Alexander, Diana, Theon, Stanley - każde z nich miało swoje własne powody i w inny sposób sprzedało swoje sekrety, świadomie czy też nie, ale za dużo było tego wokół niej, żeby nie stała się podejrzliwa. Za bardzo wokół niej śmierdziało czarną magią.
- Eh, a muszę? Nie możesz do mnie podejść? - zapytała, machając trochę zwieszonymi ze stołu nogami, ale o ile faktycznie sam nie uległ, to zsunęła się z blatu i podeszła do niego, ujmując go za dłoń. Nie wzdrygnęła się jednak, jak można było się spodziewać po osobie, która się nie spodziewała co może ją czekać. Travers też tak wyciągnął do niej tę rękę, ale kiedy to zrobił, jej własne dłonie zaczęły błądzić dalej po przedramieniu czy jego twarzy. Teraz jednak, pozostawały zaciśnięte w jednym miejscu. - O, to coś nowego - rzuciła, wyraźnie zaskoczona, kiedy postanowił uciec się do nekromancji. - Ale z ciebie niegrzeczny chłopiec, nie wiesz, że za takie rzeczy zamykają? - uniosła lekko brew z kpiną, ale spod tego wyglądało na niego to, czego oczekiwał - ciekawość. - Wiesz co się stanie, kiedy ktoś pchnie w drugą stronę? - zapytała, spoglądając mu czujnie w oczy, ale sama nie uciekła się do zaklęcia.
Przejmujące uczucie zimna, które rozesłał po jej ciele, było zwyczajnie nieprzyjemne. Czy tak czuł się ktoś, kto umierał? Nie raz miała okazję dotykać kogoś, kto został przywrócony do życia za pomocą nekromancji, ale miała wrażenie, że nie umywało się to do chłodu, który trzymała teraz w dłoni. Ten był obcy i przejmujący, narastający w klatce piersiowej niepokojem, jakby przywołane tym gestem, miało jej stanąć przed oczami limbo.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror