01.03.2024, 04:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.03.2024, 04:21 przez Atreus Bulstrode.)
tańcze z Viką
Kiwnął głową, nawet jeśli jej słowa nie tłumaczyły niczego. Ale zamiast tego podpowiadały, że równie dobrze mógł sobie darować tak samo gratulacje, jak i współczucie. Podejrzewał że była to sprawa równie złożona, jak w przypadku jego i Elaine zaręczyn, albo raczej że towarzyszyły temu sprzeczne ze sobą uczucia. Bo nawet jeśli była to relacja narzucona jej przez rodziców, bo podejrzewał że nawet w tym przymusie mogły narodzić jakieś całkiem miłe uczucia. Pierwszym jego odruchem było spojrzenie nieco głębiej, na to co skrywała pod słowami, ale mniej więcej w tym samym momencie kiedy się na tej myśli złapał, powstrzymał się od tego i przez sam szacunek do Lestrange i przez to że musiałby się przebić przez fakt, że była oklumentką.
- Ah, szkoda. Mógłbym iść ci na rękę i samemu zacząć. Na przykład mógłbym powiedzieć, że naprawdę ładnie ci w tej spince. Albo, że wyglądasz dzisiaj rewelacyjnie, jak zawsze z resztą. Może też... wiem, wyglądałaś niezwykle czarująco, kiedy śpiewałaś. A tak? Muszę zatrzymać to wszystko dla siebie - pokiwał głową, jakby nieco rozczarowany tymże faktem. - Nic nie szkodzi, życzę mojemu kuzynowi jak najlepiej w życiu. W to wliczając jak najlepszych przyjaciół - bo on chyba trochę kulał na tle innych osób w życiu Laurenta. Domyślał się, ze pewnie połowa z jego przyjaciółek złamała by go w pół, gdyby się dowiedziała, że obił Prewettowi twarz, kuzyn od siedmiu boleści. - Wybieram - przytaknął, uśmiechając się do niej lekko. - Za dobrze go chyba znam, by wierzyć w plotki. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Znajdujący się na jego twarzy wyraz pogłębił się i zmienił nieco, przybierając bardziej głupkowatego wyrazu. Stanley był... cóż, Stanleyem i nic nie mogło tego w życiu zmienić, nawet ilość krzyżówek jakie przerabiał co miesiąc. Był niepoprawny, ale nawet jeśli Atreus sam z nim o te słówka czasem wojował, to przecież za nic w świecie nie powiedział by Borginowi tak naprawdę, że powinien się zmienić. - Cieszę się, że miałaś z nami ubaw i wierz mi, żałuję okropnie, bo mogę sobie wyobrazić aż za dobrze jak to wszystko wyglądało - parsknął.
- Dziękuję - odpowiedział tylko krótko na jej współczucie, na moment poważniejąc. Najgorsze było w tym wszystkim to, że chyba nigdy nie będzie mógł być pewny, czy ich związek faktycznie był nie do odratowania, czy może swoją cegiełkę, bardzo ciężką z resztą, dołożyło do tego Beltane; bycie zimnym, niemal śmierć, ciągnąca się za nim więź z Brenną... Wszystko to nawarstwiło się w jednym momencie i jednoznacznie przeważyło szalę. - Niestety, jestem tutaj jako wolny duch, ale bez celu usidlenia kolejnej kobiety. Ale to nawet dobrze się składa. Bo skoro ja przyszedłem sam i ty przyszłaś sama, oboje nie w celu szukania kandydatów na kolejne związki, to może chcesz mi uczynić tę przyjemność i wziąć udział w tym konkursie tańca? - uśmiechnął się do niej szelmowsko. - Wyglądasz jakbyś lubiła tańczyć, ja przepadam za nutą rywalizacji, może nie rozczaruję cię doszczętnie.
Kiwnął głową, nawet jeśli jej słowa nie tłumaczyły niczego. Ale zamiast tego podpowiadały, że równie dobrze mógł sobie darować tak samo gratulacje, jak i współczucie. Podejrzewał że była to sprawa równie złożona, jak w przypadku jego i Elaine zaręczyn, albo raczej że towarzyszyły temu sprzeczne ze sobą uczucia. Bo nawet jeśli była to relacja narzucona jej przez rodziców, bo podejrzewał że nawet w tym przymusie mogły narodzić jakieś całkiem miłe uczucia. Pierwszym jego odruchem było spojrzenie nieco głębiej, na to co skrywała pod słowami, ale mniej więcej w tym samym momencie kiedy się na tej myśli złapał, powstrzymał się od tego i przez sam szacunek do Lestrange i przez to że musiałby się przebić przez fakt, że była oklumentką.
- Ah, szkoda. Mógłbym iść ci na rękę i samemu zacząć. Na przykład mógłbym powiedzieć, że naprawdę ładnie ci w tej spince. Albo, że wyglądasz dzisiaj rewelacyjnie, jak zawsze z resztą. Może też... wiem, wyglądałaś niezwykle czarująco, kiedy śpiewałaś. A tak? Muszę zatrzymać to wszystko dla siebie - pokiwał głową, jakby nieco rozczarowany tymże faktem. - Nic nie szkodzi, życzę mojemu kuzynowi jak najlepiej w życiu. W to wliczając jak najlepszych przyjaciół - bo on chyba trochę kulał na tle innych osób w życiu Laurenta. Domyślał się, ze pewnie połowa z jego przyjaciółek złamała by go w pół, gdyby się dowiedziała, że obił Prewettowi twarz, kuzyn od siedmiu boleści. - Wybieram - przytaknął, uśmiechając się do niej lekko. - Za dobrze go chyba znam, by wierzyć w plotki. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Znajdujący się na jego twarzy wyraz pogłębił się i zmienił nieco, przybierając bardziej głupkowatego wyrazu. Stanley był... cóż, Stanleyem i nic nie mogło tego w życiu zmienić, nawet ilość krzyżówek jakie przerabiał co miesiąc. Był niepoprawny, ale nawet jeśli Atreus sam z nim o te słówka czasem wojował, to przecież za nic w świecie nie powiedział by Borginowi tak naprawdę, że powinien się zmienić. - Cieszę się, że miałaś z nami ubaw i wierz mi, żałuję okropnie, bo mogę sobie wyobrazić aż za dobrze jak to wszystko wyglądało - parsknął.
- Dziękuję - odpowiedział tylko krótko na jej współczucie, na moment poważniejąc. Najgorsze było w tym wszystkim to, że chyba nigdy nie będzie mógł być pewny, czy ich związek faktycznie był nie do odratowania, czy może swoją cegiełkę, bardzo ciężką z resztą, dołożyło do tego Beltane; bycie zimnym, niemal śmierć, ciągnąca się za nim więź z Brenną... Wszystko to nawarstwiło się w jednym momencie i jednoznacznie przeważyło szalę. - Niestety, jestem tutaj jako wolny duch, ale bez celu usidlenia kolejnej kobiety. Ale to nawet dobrze się składa. Bo skoro ja przyszedłem sam i ty przyszłaś sama, oboje nie w celu szukania kandydatów na kolejne związki, to może chcesz mi uczynić tę przyjemność i wziąć udział w tym konkursie tańca? - uśmiechnął się do niej szelmowsko. - Wyglądasz jakbyś lubiła tańczyć, ja przepadam za nutą rywalizacji, może nie rozczaruję cię doszczętnie.