Jeszcze we śnie spróbowała dołączyć do Dory ze swoim zaklęciem. Nie zdążyła dokończyć ich rozmowy. Świat zawirował, oberwały wiatrem po twarzy i przepadły. Wróciły do jaskini.
Pobudka nie należała do tych przyjemnych. Wood otworzyła oczy. Nie miała jednak czasu na dyskusję, musiała działać szybko. Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy to to, że nie byli tutaj sami. Pojawili się ludzie, a może nie byli to ludzie, nie miała pojęcia, z czym mieli doczynienia, bo nie widziała w tych ciemnościach zbyt dokładnie. Zauważyła sylwetkę Morpheusa, który stał na podwyższeniu, coś się do niego zbliżało.
Dostrzegła też Brennę na ziemi. - BRENNA! - Krzyknęła bardzo głośno. Była to dla niej najważniejsza osoba, która znajdowała się w tej jaskini, to, że Longbottom znajdowała się w niebezpieczeństwie skłoniło ją do szybkiego działania. Poderwała się na nogi i złapała różdżkę w dłoń. Nie miała pojęcia, co robił jej wujek na podwyższeniu, czy było to istotne dla ich sprawy? Skąd mogła wiedzieć.
Trzy postacie zaczęły zbliżać się w ich kierunku. Musiała się przez nie przebić, jeśli chciała przedostać się do swojej mentorki, jeśli trzeba będzie to wbiegnie w nie bez zastanowienia.
Do jej uszu doszły słowa Morpheusa. Ogniem.... Nie musiał jej powtarzać dwa razy. - No chodźcie kutasiarze, do mnie!!! - Nie miała pojęcia, czy ją słyszą, poruszały się dziwnie nienaturalnie, ale nie obchodziło jej to. Sama zrobiła krok do przodu, bo się nie bała, była gotowa do konfrontacji, ona zawsze była gotowa do walki. Machnęła różdżką i mruknęła pod nosem zaklęcie. Heather Wood chciała wyczarować kulę ognia, która poleci w stronę tej trójki, która szła w ich kierunku.
Sukces!
Sukces!