01.03.2024, 13:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.12.2024, 23:30 przez Anthony Ian Borgin.)
Anthony nie bardzo wiedział z kolei, czego powinien się spodziewać. Robert był poniekąd jego opiekunem, przewodnikiem w sprawach organizacji, do której go zaprosił. I każdy list sygnowany jego imieniem oraz nazwiskiem sprawiał, że Borgin miał w głowie rzucanie Drętwoty na psy lub wrzucanie staruszków do kominka. Co tym razem będą musieli zrobić? Gdybał nad tym pochylony nad listem, siedząc w swoim gabinecie, otoczony papierami, teczkami oraz księgami wieczystymi majątków, które należało w przyszłości zlicytować. A potem padł w liście adres, który nijak pomógł w rozwiązaniu zagadki, ba, wzbudził tylko więcej wątpliwości. Brunet westchnął, przeczesał włosy palcami i odchylił się do tyłu razem z krzesłem, wbijając spojrzenie w sufit. Może po prostu chciał wypić kawę i porozmawiać o dokumentach? Robert może nie był zbyt rozmowny i wydawał się surowy, ale musiał istnieć sensowny powód tego wyzwania, skoro nierzucanie crucio czy innego gówna na ludzi. Może trzeba było kogoś zahipnotyzować? Sięgnął po filiżankę z resztką kawy, a potem wyjął pergamin, decydując się potwierdzić swoje przybycie. Bo tak wypadało, stary Barthy zawsze darł na niego mordę, gdy nie odpisywał na listy z zaproszeniem od razu.
W wyznaczonym dniu pojawił się pod wskazanym adresem w dość dobrym humorze. Dla gospodarza miał w torbie dobry alkohol oraz paczkę cygar, bo tak też wypadało. Szczerze mówiąc, odkąd Roberta spotkał, to sam trochę sięgał w świat inny od papierosów, odkrywając nowe doznania i formy zaspokojenia nikotynowego głodu. Był jak zwykle elegancki, nie było do czego się przyczepić. Włosy zaczesał, włożył cienki garnitur z siwego materiału i białą koszulę, a wszystkiego dopełniała skórzana teczka. Wolał ją wziąć, na wypadek, gdyby Mulciber dowiedział się o jego umiejętnościach fałszerskich i czegoś potrzebował w tych sprawach. Zwilżył wargi, upewnił się, że wszystko ma przy sobie — róźdzkę, zegarek kieszonkowy, wahadełko i przede wszystkim papierosy. Zapukał i cofnął się pół kroku, szczerze zaintrygowany.
Młodzieniec uśmiechnął się na widok mężczyzny, odrobinę kłaniając.
- Witaj. - zaczął dość pogodnym, spokojnym tonem i wyciągnął dłoń, aby przywitać się z Robertem. Gdy znaleźli się we wnętrzu domu, rozejrzał się krótko, a potem wbił w niego spojrzenie, skupiony już na rozmówcy. Trzeba jednak wspomnień, że Tosiek lubił ładne wnętrza, a zwłaszcza czyste wnętrza. A tu przyjemnie pachniało. Domowo. Czy powinno go to niepokoić, czy raczej cieszyć? - Przyznam, zaskoczył mnie Twój list, ale miło. Proszę, to dla Ciebie.
Podał mu torbę z drogim koniakiem w krysztale i paczką papierosów, które sprowadził specjalnie z jakiegoś kraju Afryki, którego nazwy nie pamiętał, ale mieli tam plantację. Wsunął wolną już dłoń w kieszeń, idąc za nim w głąb do domu — jak się okazało, do salonu. Jasne wnętrze również było przytulne. O Merlinie, o naprawdę tu mieszkał i to nie była tylko jakaś kryjówka. A co dziwniejsze, kilka twarzy na obrazach wydawało mu się znajomych, ale jak to Anthony miał w zwyczaju, zupełnie się na tym nie skupił. - Czy to sprawy naszej organizacji są powodem spotkania, potrzebujesz może mojej pomocy, czy po prostu trochę brakowało Ci mojego towarzystwa?
Zapytał dość bezpośrednio, uśmiechając się przy tym i palcami pokazując niewielką odległość. Starał się pozbyć niezręczności, zawsze, nawet jeśli miałby być przy tym królem klaunów. Powinien skomentować, że miał tu bardzo przytulnie i swojsko, czy może tym by już przesadził?
W wyznaczonym dniu pojawił się pod wskazanym adresem w dość dobrym humorze. Dla gospodarza miał w torbie dobry alkohol oraz paczkę cygar, bo tak też wypadało. Szczerze mówiąc, odkąd Roberta spotkał, to sam trochę sięgał w świat inny od papierosów, odkrywając nowe doznania i formy zaspokojenia nikotynowego głodu. Był jak zwykle elegancki, nie było do czego się przyczepić. Włosy zaczesał, włożył cienki garnitur z siwego materiału i białą koszulę, a wszystkiego dopełniała skórzana teczka. Wolał ją wziąć, na wypadek, gdyby Mulciber dowiedział się o jego umiejętnościach fałszerskich i czegoś potrzebował w tych sprawach. Zwilżył wargi, upewnił się, że wszystko ma przy sobie — róźdzkę, zegarek kieszonkowy, wahadełko i przede wszystkim papierosy. Zapukał i cofnął się pół kroku, szczerze zaintrygowany.
Młodzieniec uśmiechnął się na widok mężczyzny, odrobinę kłaniając.
- Witaj. - zaczął dość pogodnym, spokojnym tonem i wyciągnął dłoń, aby przywitać się z Robertem. Gdy znaleźli się we wnętrzu domu, rozejrzał się krótko, a potem wbił w niego spojrzenie, skupiony już na rozmówcy. Trzeba jednak wspomnień, że Tosiek lubił ładne wnętrza, a zwłaszcza czyste wnętrza. A tu przyjemnie pachniało. Domowo. Czy powinno go to niepokoić, czy raczej cieszyć? - Przyznam, zaskoczył mnie Twój list, ale miło. Proszę, to dla Ciebie.
Podał mu torbę z drogim koniakiem w krysztale i paczką papierosów, które sprowadził specjalnie z jakiegoś kraju Afryki, którego nazwy nie pamiętał, ale mieli tam plantację. Wsunął wolną już dłoń w kieszeń, idąc za nim w głąb do domu — jak się okazało, do salonu. Jasne wnętrze również było przytulne. O Merlinie, o naprawdę tu mieszkał i to nie była tylko jakaś kryjówka. A co dziwniejsze, kilka twarzy na obrazach wydawało mu się znajomych, ale jak to Anthony miał w zwyczaju, zupełnie się na tym nie skupił. - Czy to sprawy naszej organizacji są powodem spotkania, potrzebujesz może mojej pomocy, czy po prostu trochę brakowało Ci mojego towarzystwa?
Zapytał dość bezpośrednio, uśmiechając się przy tym i palcami pokazując niewielką odległość. Starał się pozbyć niezręczności, zawsze, nawet jeśli miałby być przy tym królem klaunów. Powinien skomentować, że miał tu bardzo przytulnie i swojsko, czy może tym by już przesadził?