01.03.2024, 16:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.03.2024, 15:34 przez Millie Moody.)
Czasem nie warto było narażać się swoim przełożonym.
Czasem zabawne zdanie w raporcie może zostać potraktowane zdecydowanie zbyt poważnie, a potem zamiast dywanika (och, wszyscy wiedzieli, że dywaniki nie działają na pannę Moody, która miała magiczną zdolność wyglądania jakby z uwagą słuchała reprymendy oraz zdolność przybierania twarzy skruszonego, winnego anioła, gdzie mówiący pod koniec sam miał wyrzuty sumienia, że narażał tę piękną istotę na dyskomfort psychiczny. A potem wychodziła i robiła swoje...
O nie, najlepiej usadzały pannę Moody sprawy takie jak ta.
Zamiast pościgów, zastrzyków adrenaliny, interwencji, czy chociażby patroli na miotle (och, jakże lubiła być karana tymi patrolami), dostawała gównosprawy u gównomagów.
Zaginiona kiecka. Świetnie. Wchodząc, nawet nie poprawiała przepisowej szaty Brygadzistki. Niedbały kok czarnych leistych włosów okraszony był jak jej stara miotła toną wystających włosków. Całkiem ładna twarz, choć nieco zapadnięta, zamiast cieni na powiekach miała cienie pod oczami. Była znużona i zniechęcona zanim jeszcze zamieniła słowo z "ofiarą". Dobre sobie, poszkodowany nawet nie był draśnięty.
–Brygadzistka Mildþrȳþ Moody. – skinęła głową rozglądając się po przybytku, czując własne doń niedopasowanie. Stroniła od tego typu sklepów, gdy tylko mogła wbijała się w spodnie eksponujące jej patykowate nogi i nosiła je aż do zdarcia. Gdy tylko mogła, podkradała koszulki bratu z szafy. Pasowała tu jak świnia do składu porcelany. A może to był słoń?
– No dobrze...– odchrząknęła, wyciągając z kieszeni notes i różowe magiczne pióro (żałosna próba zdenerwowania jej kretyńskim prezentem, ale pióro samo pisało więc nie zamierzała z niego nie korzystać z powodu koloru. Nie była w końcu rasitką). Odetchnęła, ogniskując złociste oczy na pustym manekinie. Miejmy to prędko za sobą. –...więc... jak wyglądała zaginiona? Ma pan jakieś zdjęcie? Obrazek?
Czasem zabawne zdanie w raporcie może zostać potraktowane zdecydowanie zbyt poważnie, a potem zamiast dywanika (och, wszyscy wiedzieli, że dywaniki nie działają na pannę Moody, która miała magiczną zdolność wyglądania jakby z uwagą słuchała reprymendy oraz zdolność przybierania twarzy skruszonego, winnego anioła, gdzie mówiący pod koniec sam miał wyrzuty sumienia, że narażał tę piękną istotę na dyskomfort psychiczny. A potem wychodziła i robiła swoje...
O nie, najlepiej usadzały pannę Moody sprawy takie jak ta.
Zamiast pościgów, zastrzyków adrenaliny, interwencji, czy chociażby patroli na miotle (och, jakże lubiła być karana tymi patrolami), dostawała gównosprawy u gównomagów.
Zaginiona kiecka. Świetnie. Wchodząc, nawet nie poprawiała przepisowej szaty Brygadzistki. Niedbały kok czarnych leistych włosów okraszony był jak jej stara miotła toną wystających włosków. Całkiem ładna twarz, choć nieco zapadnięta, zamiast cieni na powiekach miała cienie pod oczami. Była znużona i zniechęcona zanim jeszcze zamieniła słowo z "ofiarą". Dobre sobie, poszkodowany nawet nie był draśnięty.
–Brygadzistka Mildþrȳþ Moody. – skinęła głową rozglądając się po przybytku, czując własne doń niedopasowanie. Stroniła od tego typu sklepów, gdy tylko mogła wbijała się w spodnie eksponujące jej patykowate nogi i nosiła je aż do zdarcia. Gdy tylko mogła, podkradała koszulki bratu z szafy. Pasowała tu jak świnia do składu porcelany. A może to był słoń?
– No dobrze...– odchrząknęła, wyciągając z kieszeni notes i różowe magiczne pióro (żałosna próba zdenerwowania jej kretyńskim prezentem, ale pióro samo pisało więc nie zamierzała z niego nie korzystać z powodu koloru. Nie była w końcu rasitką). Odetchnęła, ogniskując złociste oczy na pustym manekinie. Miejmy to prędko za sobą. –...więc... jak wyglądała zaginiona? Ma pan jakieś zdjęcie? Obrazek?