01.03.2024, 16:28 ✶
Figg nikogo nie dostrzegł w ciemnościach zimowej nocy. Widział tylko ciemność i śnieg, iskrzący się w blasku gwiazd. Czy jednak nikt nie obserwował ich gdzieś z mroku? Czy w żadnym z trzech domów, położonych może nie tuż za płotem, ale w pobliżu, nie czaił się jakiś szpieg? Czy nie zostawiono tu jakiegoś zaklęcia, które miało powiadomić, gdyby niedoszłe ofiary chciały umknąć? Czy ktoś nie pojawi się wkrótce...?
Tego żadne z nich nie mogło wiedzieć.
- Wierzę w twój czar - odparła Brenna cicho. Szalik przysłaniał dół twarz, nie mógł więc widzieć jej uśmiechu: szczerego, chociaż wcale nie wesołego, bo przecież sytuacja, w której się znajdowali, nie była ani trochę wesoła. Skierowała się w stronę salonu, gdzie bardzo drobna, niska kobieta siedziała na kanapie. Zaciskała nerwowo dłonie, a u jej boku siedziała dziewczynka, na oko około piętnastoletnia.
- Pani Roberts? I Amy, prawda? - przywitała się Brenna, podchodząc do nich. - Amy, mogę chwilę porozmawiać z twoją mamą?
Nastolatka mruknęła coś, wyraźnie niezadowolona, że wykluczają ją z rozmowy, ale wstała z kanapy i znikła w kuchni.
- Tędy, mój brat ogarnia ostatnie rzeczy - powiedział tymczasem Leo do Thomasa i skierował się ku schodom. - To niesprawiedliwe, że musimy opuszczać swój dom przez jakichś kutasów. Że w tym całym Ministerstwie Magii nie zrobicie z nimi porządku
Poprowadził Figga na górę, gdzie jego brat - trochę młodszy i bardzo do niego podobny - właśnie wyciągał z pokoju walizkę. U szczytu stopni leżało już kilka toreb i dwa plecaki. Młodszy z braci Roberts rzucił Thomasowi kose spojrzenie, jakby to była jego wina, że muszą tak uciekać. Leo jednak klepnął go lekko w ramię, jakby chciał upomnieć brata i pochylił się, by zgarnąć plecak i torbę. We troje zdążyli zejść na dół akurat w momencie, w którym młoda Aby Roberts wypadła z kuchni: blada, rzuciła się ku bratu.
- Ktoś jest przy furtce na tyłach!
Tego żadne z nich nie mogło wiedzieć.
- Wierzę w twój czar - odparła Brenna cicho. Szalik przysłaniał dół twarz, nie mógł więc widzieć jej uśmiechu: szczerego, chociaż wcale nie wesołego, bo przecież sytuacja, w której się znajdowali, nie była ani trochę wesoła. Skierowała się w stronę salonu, gdzie bardzo drobna, niska kobieta siedziała na kanapie. Zaciskała nerwowo dłonie, a u jej boku siedziała dziewczynka, na oko około piętnastoletnia.
- Pani Roberts? I Amy, prawda? - przywitała się Brenna, podchodząc do nich. - Amy, mogę chwilę porozmawiać z twoją mamą?
Nastolatka mruknęła coś, wyraźnie niezadowolona, że wykluczają ją z rozmowy, ale wstała z kanapy i znikła w kuchni.
- Tędy, mój brat ogarnia ostatnie rzeczy - powiedział tymczasem Leo do Thomasa i skierował się ku schodom. - To niesprawiedliwe, że musimy opuszczać swój dom przez jakichś kutasów. Że w tym całym Ministerstwie Magii nie zrobicie z nimi porządku
Poprowadził Figga na górę, gdzie jego brat - trochę młodszy i bardzo do niego podobny - właśnie wyciągał z pokoju walizkę. U szczytu stopni leżało już kilka toreb i dwa plecaki. Młodszy z braci Roberts rzucił Thomasowi kose spojrzenie, jakby to była jego wina, że muszą tak uciekać. Leo jednak klepnął go lekko w ramię, jakby chciał upomnieć brata i pochylił się, by zgarnąć plecak i torbę. We troje zdążyli zejść na dół akurat w momencie, w którym młoda Aby Roberts wypadła z kuchni: blada, rzuciła się ku bratu.
- Ktoś jest przy furtce na tyłach!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.