01.03.2024, 19:25 ✶
Widział, że była zawstydzona tą pomyłką. Gdyby żywił do niej jakiekolwiek uczucia, to być może by jej współczuł. Zapewnił z głębi serca, że przecież to nic takiego - każdemu się zdarza. On i Louvain byli cholernie do siebie podobni, co chwilę ktoś ich mylił. Zdążył się przyzwyczaić, a i być może to był jeden z impulsów, który sprawił, że tak unikał spotkań rodzinnych.
- Tak, to prawda, jesteśmy bardzo podobni. Nie musisz przepraszać, dużo osób nas myli - uśmiechnął się kącikiem ust, bo w zasadzie jej nie skłamał. O to w tym chodziło: żeby lawirować w półprawdach, sprzedawać tyle prawdy i przemilczeć tyle kłamstw, ile się dało. Na jej kolejne słowa zaśmiał się cicho i nieco opuścił głowę. Być może gdyby był w innym stanie psychicznym, to by mu schlebiło. Uznałby to za urocze. Ale tak... Wykręcało mu żołądek za każdym razem, jak na nią patrzył. Co nie przeszkodziło mu oczywiście posłać Marie długiego, przeciągłego spojrzenia. Gdyby umiał, to by się zarumienił, lecz nie potrafił aż tak kontrolować swojego organizmu. Jego cera pozostała blada. - Proszę cię, zawstydzasz mnie. To prawda, że mamy pewne cechy wyglądu, które sprawiają, że jesteśmy do siebie podobni, ale kwestia tego, czy jesteśmy atrakcyjni dla innych, jest kwestią indywidualną.
Fałszywa skromność, bo przecież Rodolphus doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak wyglądał. Jak się ubierał, jakie miał maniery, w jaki sposób się odzywał i jaką miał barwę głosu. Wiedział, jak działa na kobiety, wykorzystywał to bezlitośnie już w Hogwarcie, by idiotki odrabiały jego prace domowe. Nie był jednak na tyle zadufanym w sobie kretynem, by podejrzewać, że leci na niego co najmniej pół magicznego Londynu. Każdy miał przecież swoje preferencje, a przecież za wyglądem zawsze powinien iść charakter. U Rodolphusa było odrobinę odwrotnie, bo dla niego liczył się umył, obycie, sposób bycia, który można było określić jako charakter - potem dopiero wygląd zewnętrzny. Ale on nie funkcjonował tak, jak inni. Nie był brzydki, miał zarysowaną szczękę, był szczupły i cholernie wysoki, nie miał niedowagi, nie był także nieproporcjonalnie zbudowany. Dbał o prezencję tak, jak umiał. Niektórym się to podobało. Najwyraźniej trafił w gust Marie, co niestety dla niej zamierzał wykorzystać.
- Marie, wybacz mi proszę śmiałość, ale jedna rzecz nie może mi wyjść z głowy od naszego pierwszego, dość niefortunnego, spotkania. Wydajesz się być kobietą szalenie inteligentną, na dodatek bezsprzecznie piękną - czy mogę zapytać, gdzie pracujesz, skoro na sukienkę musiałaś poświęcić aż trzy swoje wypłaty? Jeżeli, oczywiście, nie chcesz odpowiadać, to nie mów, ale być może mógłbym pomóc? Taki skarb nie powinien się marnować za niską pensję - zaraz się zrzyga. Po tym spotkaniu będzie musiał wziąć kurewsko długi prysznic. Przy okazji wyszoruje sobie język za te bzdury, które wychodziły z jego ust. I przywali sobie w twarz za kolejny słodki uśmiech, posłany w stronę kobiety.
- Tak, to prawda, jesteśmy bardzo podobni. Nie musisz przepraszać, dużo osób nas myli - uśmiechnął się kącikiem ust, bo w zasadzie jej nie skłamał. O to w tym chodziło: żeby lawirować w półprawdach, sprzedawać tyle prawdy i przemilczeć tyle kłamstw, ile się dało. Na jej kolejne słowa zaśmiał się cicho i nieco opuścił głowę. Być może gdyby był w innym stanie psychicznym, to by mu schlebiło. Uznałby to za urocze. Ale tak... Wykręcało mu żołądek za każdym razem, jak na nią patrzył. Co nie przeszkodziło mu oczywiście posłać Marie długiego, przeciągłego spojrzenia. Gdyby umiał, to by się zarumienił, lecz nie potrafił aż tak kontrolować swojego organizmu. Jego cera pozostała blada. - Proszę cię, zawstydzasz mnie. To prawda, że mamy pewne cechy wyglądu, które sprawiają, że jesteśmy do siebie podobni, ale kwestia tego, czy jesteśmy atrakcyjni dla innych, jest kwestią indywidualną.
Fałszywa skromność, bo przecież Rodolphus doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak wyglądał. Jak się ubierał, jakie miał maniery, w jaki sposób się odzywał i jaką miał barwę głosu. Wiedział, jak działa na kobiety, wykorzystywał to bezlitośnie już w Hogwarcie, by idiotki odrabiały jego prace domowe. Nie był jednak na tyle zadufanym w sobie kretynem, by podejrzewać, że leci na niego co najmniej pół magicznego Londynu. Każdy miał przecież swoje preferencje, a przecież za wyglądem zawsze powinien iść charakter. U Rodolphusa było odrobinę odwrotnie, bo dla niego liczył się umył, obycie, sposób bycia, który można było określić jako charakter - potem dopiero wygląd zewnętrzny. Ale on nie funkcjonował tak, jak inni. Nie był brzydki, miał zarysowaną szczękę, był szczupły i cholernie wysoki, nie miał niedowagi, nie był także nieproporcjonalnie zbudowany. Dbał o prezencję tak, jak umiał. Niektórym się to podobało. Najwyraźniej trafił w gust Marie, co niestety dla niej zamierzał wykorzystać.
- Marie, wybacz mi proszę śmiałość, ale jedna rzecz nie może mi wyjść z głowy od naszego pierwszego, dość niefortunnego, spotkania. Wydajesz się być kobietą szalenie inteligentną, na dodatek bezsprzecznie piękną - czy mogę zapytać, gdzie pracujesz, skoro na sukienkę musiałaś poświęcić aż trzy swoje wypłaty? Jeżeli, oczywiście, nie chcesz odpowiadać, to nie mów, ale być może mógłbym pomóc? Taki skarb nie powinien się marnować za niską pensję - zaraz się zrzyga. Po tym spotkaniu będzie musiał wziąć kurewsko długi prysznic. Przy okazji wyszoruje sobie język za te bzdury, które wychodziły z jego ust. I przywali sobie w twarz za kolejny słodki uśmiech, posłany w stronę kobiety.