01.03.2024, 19:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.03.2024, 15:53 przez Millie Moody.)
Podbiegła do swojego i w przeciwieństwie do Erica, nie miała w ogóle wyrzutów sumienia. Wręcz przeciwnie, żałowała, że nie przydzwoniła mu mocniej. Jebane bananowe gnidy. Idą sobie na ulice i pastwią się nad bezbronnymi. Powstrzymała się, by splunąć, gdy zakładała mu kajdanki - całkiem zwyczajne, zważywszy na fakt, że Milles bardzo była rozdrażniona gdy coś jej nie wychodziło, a kształtowanie nie było jej mocną stroną. Nie było nawet słabą. Oscylowało gdzieś w okolicach żałosnej.
– Tak, możesz milczeć, ale chętnie posłucham, co masz do posłuchania gnido. Na komisariacie– rzuciła krótko i pogardliwie, po czym skonfiskowała im różdżki (banalnie było to czynić z tą, którą miała na wyciągnięcie ręki, ta drugiego typa była już czystym popisywaniem się i chodź z oporem, to przyszła do nowej, tymczasowej pewnie mamusi.
– Coś jest nie tak z jego oddychaniem detektywie, nie grzmotnęłam go na tyle, by miał bezdech. Idę... idę sprawdzić poszkodowaną. – Z jednej strony marzyła o awansie, z drugiej wygodnie jej było, że nie podejomowała decyzji. Rewolwerowiec tak, szeryf nie. Dobre, cieple miejsce pozbawione nadmiaru odpowiedzialności.
Gdy podeszła do poszkodowanej, sięgnęła po swoją manierkę z czystą wodą i podała jej. W razie czego pomogłaby przysiąść jej na schodku, kucnąć obok, by nie patrzeć na kobietę z góry.
– Jak się pani czuje? Będziemy musieli przyjąć zeznania, za chwile przyjedzie wsparcie i teleportujemy się do bezpiecznego miejsca.– mówiła do niej łagodnie, przynajmniej zważywszy na standardy Milles, to znaczy, że nie brzmiała jak sarkający wkurwiony syjams. – Bardzo boli? Czy... czy zdążyli zrobić coś jeszcze? Mam przy sobie eliksir wzmacniający... – zaproponowała, pozostając jednak wciąż w czujności, na wypadek gdyby dupek numer dwa, którego skuła zamierzał jeszcze coś odcertolić, albo biedna ofiara... no nie wiem, nosiła w sobie jakąś klątwę na przykład.
– Tak, możesz milczeć, ale chętnie posłucham, co masz do posłuchania gnido. Na komisariacie– rzuciła krótko i pogardliwie, po czym skonfiskowała im różdżki (banalnie było to czynić z tą, którą miała na wyciągnięcie ręki, ta drugiego typa była już czystym popisywaniem się i chodź z oporem, to przyszła do nowej, tymczasowej pewnie mamusi.
– Coś jest nie tak z jego oddychaniem detektywie, nie grzmotnęłam go na tyle, by miał bezdech. Idę... idę sprawdzić poszkodowaną. – Z jednej strony marzyła o awansie, z drugiej wygodnie jej było, że nie podejomowała decyzji. Rewolwerowiec tak, szeryf nie. Dobre, cieple miejsce pozbawione nadmiaru odpowiedzialności.
Gdy podeszła do poszkodowanej, sięgnęła po swoją manierkę z czystą wodą i podała jej. W razie czego pomogłaby przysiąść jej na schodku, kucnąć obok, by nie patrzeć na kobietę z góry.
– Jak się pani czuje? Będziemy musieli przyjąć zeznania, za chwile przyjedzie wsparcie i teleportujemy się do bezpiecznego miejsca.– mówiła do niej łagodnie, przynajmniej zważywszy na standardy Milles, to znaczy, że nie brzmiała jak sarkający wkurwiony syjams. – Bardzo boli? Czy... czy zdążyli zrobić coś jeszcze? Mam przy sobie eliksir wzmacniający... – zaproponowała, pozostając jednak wciąż w czujności, na wypadek gdyby dupek numer dwa, którego skuła zamierzał jeszcze coś odcertolić, albo biedna ofiara... no nie wiem, nosiła w sobie jakąś klątwę na przykład.
Translokacja Konfiskata różdżek x2
Rzut PO 1d100 - 33
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut PO 1d100 - 96
Sukces!
Sukces!