Cisza, która im towarzyszyła przypominała grobową atmosferę. Czuła, że nie powinna się tutaj znajdować, że w czymś mu przeszkodziła. Trzymała tę latarenkę, tak mocno, jak tylko potrafiła, co w przypadku drobnej Belli wcale nie było takie łatwe, ale dawała z siebie wszystko, przy Lordzie Voldemorcie musiała pokazać, że nawet to jest w stanie robić wyśmienicie, chociaż uważała, że jest stworzona do większych rzeczy niżeli utrzymywanie światła. Nie kwestionowała jednak jego poleceń.
Zdecydowanie wolała nie zostawiać swojego Mistrza, obawiała się tego, co może czaić się w ciemności. Pewniej czuła się, gdy była obok niego. Nie omieszkała poświecić na posadzkę, która była bardzo wilgotna. Musiała mieć z tym związek ta woda, której kapanie słyszeli jeszcze chwilę wcześniej.
- Rozumiem. - Próbowała, jeśli jednak nie widział tutaj dla niej żadnego bardziej ambitnego zadania od bycia latarnikiem postanowiła przyjąć to ze spokojem. On wiedział gdzie się znajdowali, wiedział po co się tutaj znalazł, ona przybyła tu zupełnie przypadkowo.
Echo po raz kolejny próbowało się z nią bawić, czy powinna się odezwać. Może warto było spróbować, może faktycznie był to odpowiedni moment. Tyle, że Czarny Pan ruszył do przodu. Nie zdążyła nic powiedzieć. Może to i lepiej, jeszcze by się zbłaźniła? Zdecydowanie była to ostatnia rzecz, której chciała.
Czekał na nią, więc ruszyła szybkim krokiem, aby dotrzymać mu tempa. On wiedział gdzie idzie, najwyraźniej znał drogę, może nie był tutaj pierwszy raz? Widziała, że jest pewny tego, co robi. Strasznie jej to imponowało.
- Ech. - Westchnęła cicho, gdy usłyszała zadane przez niego pytanie. - Z mieszkania mojego narzeczonego, - głos jej zadrżał, gdy wypowiedziała to słowo, bo sama nie wiedziała, czy faktycznie nadal pozostawał jej narzeczonym - to znaczy Rodolphusa. - Lord Voldemort na pewno miał świadomość, kto miał zostać jej mężem, w końcu jeszcze kilka dni temu przyszła z nim przedyskutować swoje obawy dotyczące jego osoby, teraz uważała, że niepotrzebnie to zrobiła. Chciała mu pomóc, a on odwdzięczył jej się w taki sposób. Nie miałaby nic przeciwko temu, żeby przytrafiło mu się coś nieprzyjemnego, by wreszcie przejrzał na oczy i zobaczył kto jest faktycznie przyjacielem, a kto wrogiem.