07.12.2022, 22:18 ✶
- U Flintów opowiada się o krakenach, syrenach i morskich kraksach. Nie ma to jak dobra bajka na sen, co nie? - roześmiał się na te wszystkie wspomnienia kiedy to z siostrą wpatrywali się jak w obraz w ojca opowiadającego barwnie morskie historie i przygody. Wbrew pozorom to nie te historie zniechęciły dziatwę do regularnych wypłynięć statkami. Krakena może i się bał (tak jak czarodziej wystarszyłby się szarżującego buchorożca) ale mimo wszystko lubił wodę, pływanie, szum fal. Miał to we krwi i mimo, że zawodowo zajmował się zupełnie czym innym to w wolnych chwilach pomagał w stoczni.
Podniósł zaskoczone spojrzenie i przyjrzał się profilowi dziewczyny kiedy ta tak łatwo przytaknęła jego osądowi. Najwyraźniej zgadzali się również w tych kwestiach, których nie brał pod uwagę. Dotychczas uważał Brennę za tę najbardziej dobrotliwą osobę, która w razie czego potrafi przyłożyć zaklęcie między oczy. Nie podejrzewał jej, że mogłaby poprzeć pomysł ukarania kogoś poprzez rzucenie klątwy. Ba, sam siebie o to nie podejrzewał.
- Nie wiem jak to wygląda u mugoli ale widzę po starych czarodziejskich rodach silne więzy rodzinne. Gdyby coś takiego ktoś zrobiłby nam to... nie wiem jak ty, ale ja nie byłbym skory przestrzegać wówczas prawa. Liczyłoby się tylko adekwatne ukaranie. - nie miał już obaw przed dzieleniem się taką myślą. Miała prawo go za to ofukać jako przedstawicielka służb aurorskich. Powinna jednak wiedzieć, że ten chuderlawy Castiel z dzieciństwa jest już na tyle dorosły, że i jego myśli obejmują bardziej krwawe sposoby wymierzania sprawiedliwości na własną rękę.
- Ze mną w kłopoty nie wpadniesz. Mnie kłopoty omijają szerokim łukiem. Mam tak spokojne życie, że czasem w nim zasypiam. - roześmiał się krótko, podchodząc do tych słów z dystansem. - Jedyna adrenalina to rozszyfrowanie natury klątwy i jej unicestwianie. Przez te wszystkie środki bezpieczeństwa nałożone w kursach na departament Łamaczy Klątw niełatwo jest sobie cokolwiek zrobić przy takich klątwach. Nawet krew się nie poleje. - wszak Klątwołamacze współpracowali z wieloma departamentami: aurorski do ochrony i odnajdywanie miejsc bądź osób obłożonych klątwą, rzeczoznawcy artefaktów aby rozwiewali wątpliwości i podpierali przedmiot odpowiednią historią stworzenia, jubilerzy - jeśli chodziło o zaklętą biżuterię, alchemicy - by leczyć farmakologicznie, zielarze by tworzyć odpowiednie mieszanki... mógłby wymieniać w nieskończoność. Nic więc dziwnego, że jego praca nie polegała po prostu na siedzeniu w biurze a na częstym teleportowaniu się z miejsca na miejsce.
- To w końcu Dolina Godryka. Jeśli coś ma cię zaatakować to jest świetny teren. - żartował sobie choć czuł, że w tych słowach jest ziarno prawdy.
Oddał jej grzecznie szyszkę, którą postanowiła chronić. Wybuchnął śmiechem na jej słowa ale to był tak niespodziewany atak radości, że przechylił się do tyłu... i to był błąd. Spadł. Niestety, nie spadał w ten majestatyczny sposób, czas nie zatrzymał się, wiatr nie rozwiał mu kusząco włosów na twarz... nawet życie nie przewinęło mu się przed oczami. Nie zdążył krzyknąć ani złapać oddechu bo rąbnął ramieniem o trawę. Nie była to wielka wysokość ale na siniaka idealna. Stęknął, wywinięty kończynami w dziwne strony i przez chwilę zastanawiał się gdzie jest góra, a gdzie dół. Nie widział nic przez włosy. Zdusił w sobie kolejny atak śmiechu bo to był tak żałosny pokaz upadania, że należało to osobiście wyśmiać.
- Nic nie widziałaś! - zawołał do niej ale nie podnosił się bo trawa była tutaj miło chłodna. Odwlekał jak tylko się da moment wstawania bo jeśli to zrobi to będzie musiał poczuć zażenowanie i zawstydzenie swoją fajtłapowatością.
Podniósł zaskoczone spojrzenie i przyjrzał się profilowi dziewczyny kiedy ta tak łatwo przytaknęła jego osądowi. Najwyraźniej zgadzali się również w tych kwestiach, których nie brał pod uwagę. Dotychczas uważał Brennę za tę najbardziej dobrotliwą osobę, która w razie czego potrafi przyłożyć zaklęcie między oczy. Nie podejrzewał jej, że mogłaby poprzeć pomysł ukarania kogoś poprzez rzucenie klątwy. Ba, sam siebie o to nie podejrzewał.
- Nie wiem jak to wygląda u mugoli ale widzę po starych czarodziejskich rodach silne więzy rodzinne. Gdyby coś takiego ktoś zrobiłby nam to... nie wiem jak ty, ale ja nie byłbym skory przestrzegać wówczas prawa. Liczyłoby się tylko adekwatne ukaranie. - nie miał już obaw przed dzieleniem się taką myślą. Miała prawo go za to ofukać jako przedstawicielka służb aurorskich. Powinna jednak wiedzieć, że ten chuderlawy Castiel z dzieciństwa jest już na tyle dorosły, że i jego myśli obejmują bardziej krwawe sposoby wymierzania sprawiedliwości na własną rękę.
- Ze mną w kłopoty nie wpadniesz. Mnie kłopoty omijają szerokim łukiem. Mam tak spokojne życie, że czasem w nim zasypiam. - roześmiał się krótko, podchodząc do tych słów z dystansem. - Jedyna adrenalina to rozszyfrowanie natury klątwy i jej unicestwianie. Przez te wszystkie środki bezpieczeństwa nałożone w kursach na departament Łamaczy Klątw niełatwo jest sobie cokolwiek zrobić przy takich klątwach. Nawet krew się nie poleje. - wszak Klątwołamacze współpracowali z wieloma departamentami: aurorski do ochrony i odnajdywanie miejsc bądź osób obłożonych klątwą, rzeczoznawcy artefaktów aby rozwiewali wątpliwości i podpierali przedmiot odpowiednią historią stworzenia, jubilerzy - jeśli chodziło o zaklętą biżuterię, alchemicy - by leczyć farmakologicznie, zielarze by tworzyć odpowiednie mieszanki... mógłby wymieniać w nieskończoność. Nic więc dziwnego, że jego praca nie polegała po prostu na siedzeniu w biurze a na częstym teleportowaniu się z miejsca na miejsce.
- To w końcu Dolina Godryka. Jeśli coś ma cię zaatakować to jest świetny teren. - żartował sobie choć czuł, że w tych słowach jest ziarno prawdy.
Oddał jej grzecznie szyszkę, którą postanowiła chronić. Wybuchnął śmiechem na jej słowa ale to był tak niespodziewany atak radości, że przechylił się do tyłu... i to był błąd. Spadł. Niestety, nie spadał w ten majestatyczny sposób, czas nie zatrzymał się, wiatr nie rozwiał mu kusząco włosów na twarz... nawet życie nie przewinęło mu się przed oczami. Nie zdążył krzyknąć ani złapać oddechu bo rąbnął ramieniem o trawę. Nie była to wielka wysokość ale na siniaka idealna. Stęknął, wywinięty kończynami w dziwne strony i przez chwilę zastanawiał się gdzie jest góra, a gdzie dół. Nie widział nic przez włosy. Zdusił w sobie kolejny atak śmiechu bo to był tak żałosny pokaz upadania, że należało to osobiście wyśmiać.
- Nic nie widziałaś! - zawołał do niej ale nie podnosił się bo trawa była tutaj miło chłodna. Odwlekał jak tylko się da moment wstawania bo jeśli to zrobi to będzie musiał poczuć zażenowanie i zawstydzenie swoją fajtłapowatością.