02.03.2024, 03:16 ✶
Co ty niby chcesz, żebyśmy zrobiły z tym kotem?
Maeve przeniosła zniesmaczone spojrzenie z kota na Lorraine, patrząc wyczekująco. Było w tych ciemnych oczach coś dziecięco naiwnego, pełnego nadziei. Wiara, że prowodyrka tej całej akcji ratunkowej jednak zmieni zdanie i oświadczy, że kota trzeba ewakuować, ale na tamten świat. Dosłownie ręka ją świerzbiła, ciągnęło ją ku schowanej w kieszeni spodni różdżce, żeby sierściucha transmutować w truchło.
Ale nie, nadzieja nadal pozostawała matką głupich i robiła w chuja swoje dzieci. Mewie po raz kolejny wiatr zawiał prosto w oczy, niechybnie razem z liniejącą sierścią tego potwora na dachu. Jęknęła z bólem, słysząc jak Malfoy za nic kompletnie ma ostrzeżenia Rosie, a ponadto ociera się o nią sugestywnie, dalej optując za wspinaczką po czteronoga. Kurwa mać, pomyślała, po czym zaczęła podwijać rękawy.
Lorraine to wszystko robiła, bo doskonale wiedziała, że i tak jej nie powie nie.
- Ja już stąd czuję, jak mnie w oczy szczypie - zgodziła się z McKinnon, która była obecnie jedynym głosem rozsądku, za którym Chang podążyć jednak nie mogła. Umysł chciał, ale serce miało inne plany. Zresztą, pierwszy przeciwnik i tak nie należał do wagi ciężkiej.
Potem nawinął się temat eliksiru. Aha, no kurwa tak, wiedziała, że o czymś zapomniała. Uśmiechnęła się głupio do Lorraine, całą gamą swoich równiutkich zębów, ale w oczach próżno było szukać jakiegokolwiek zapewnienia. Mewa mogła skłamać, że owszem, najukochańsza, szotuję go co rano do śniadania, a potem wylizuję szklankę. Ale prawda wyszłaby i tak na jaw w momencie, w którym dotknęłaby tego kota.
- Zapas mam - zaczęła od pozytywów, nadal uśmiechając się głupio. Uśmiechem firmowym pod tytułem "proszę, nie bądź zła". - Ale wiesz, słońce, trochę dziś zaspałam, zanim się zebrałam, potem czegoś ode mnie chcieli w domu, musiałam paprotkę przesadzić, no i rozumiesz... - przeszła płynnie do idiotycznego tłumaczenia się, rozkładając bezradnie ramiona. Doskonale wiedziała, że Lorraine tego nie kupi, ale trochę liczyła, że weźmie ją tym czczym pierdoleniem na litość. Że te oczka jak marzenie ją rozczulą.
Wiedziała, że powinna była się zabezpieczać po ostatniej akcji z animagiem. Ale no, cholera, skąd miała wiedzieć, że będzie dziś ratować koty w opałach? Przecież takie rzeczy nawet największym prorokom się nie śniły, była pewna, że ani Dolohov by tego nie zobaczył w swojej wizji, ani Ambrosia w swoim tarocie.
- A może zacznijmy rzucać w niego kamieniami i sam zejdzie? Ja bym zeszła, gdyby ktoś we mnie ciepał takimi kamieniami - zaproponowała, decydując się zmienić temat, zrównując swoje zdolności kognitywne z kotem. Po co się roztrząsać nad jakimś tam eliksirem? Były gorsze rzeczy niż wysypka, na przykład smak tego specyfiku. Nie wzięła, to nie wzięła, teraz trzeba było myśleć proaktywnie.
Maeve przeniosła zniesmaczone spojrzenie z kota na Lorraine, patrząc wyczekująco. Było w tych ciemnych oczach coś dziecięco naiwnego, pełnego nadziei. Wiara, że prowodyrka tej całej akcji ratunkowej jednak zmieni zdanie i oświadczy, że kota trzeba ewakuować, ale na tamten świat. Dosłownie ręka ją świerzbiła, ciągnęło ją ku schowanej w kieszeni spodni różdżce, żeby sierściucha transmutować w truchło.
Ale nie, nadzieja nadal pozostawała matką głupich i robiła w chuja swoje dzieci. Mewie po raz kolejny wiatr zawiał prosto w oczy, niechybnie razem z liniejącą sierścią tego potwora na dachu. Jęknęła z bólem, słysząc jak Malfoy za nic kompletnie ma ostrzeżenia Rosie, a ponadto ociera się o nią sugestywnie, dalej optując za wspinaczką po czteronoga. Kurwa mać, pomyślała, po czym zaczęła podwijać rękawy.
Lorraine to wszystko robiła, bo doskonale wiedziała, że i tak jej nie powie nie.
- Ja już stąd czuję, jak mnie w oczy szczypie - zgodziła się z McKinnon, która była obecnie jedynym głosem rozsądku, za którym Chang podążyć jednak nie mogła. Umysł chciał, ale serce miało inne plany. Zresztą, pierwszy przeciwnik i tak nie należał do wagi ciężkiej.
Potem nawinął się temat eliksiru. Aha, no kurwa tak, wiedziała, że o czymś zapomniała. Uśmiechnęła się głupio do Lorraine, całą gamą swoich równiutkich zębów, ale w oczach próżno było szukać jakiegokolwiek zapewnienia. Mewa mogła skłamać, że owszem, najukochańsza, szotuję go co rano do śniadania, a potem wylizuję szklankę. Ale prawda wyszłaby i tak na jaw w momencie, w którym dotknęłaby tego kota.
- Zapas mam - zaczęła od pozytywów, nadal uśmiechając się głupio. Uśmiechem firmowym pod tytułem "proszę, nie bądź zła". - Ale wiesz, słońce, trochę dziś zaspałam, zanim się zebrałam, potem czegoś ode mnie chcieli w domu, musiałam paprotkę przesadzić, no i rozumiesz... - przeszła płynnie do idiotycznego tłumaczenia się, rozkładając bezradnie ramiona. Doskonale wiedziała, że Lorraine tego nie kupi, ale trochę liczyła, że weźmie ją tym czczym pierdoleniem na litość. Że te oczka jak marzenie ją rozczulą.
Wiedziała, że powinna była się zabezpieczać po ostatniej akcji z animagiem. Ale no, cholera, skąd miała wiedzieć, że będzie dziś ratować koty w opałach? Przecież takie rzeczy nawet największym prorokom się nie śniły, była pewna, że ani Dolohov by tego nie zobaczył w swojej wizji, ani Ambrosia w swoim tarocie.
- A może zacznijmy rzucać w niego kamieniami i sam zejdzie? Ja bym zeszła, gdyby ktoś we mnie ciepał takimi kamieniami - zaproponowała, decydując się zmienić temat, zrównując swoje zdolności kognitywne z kotem. Po co się roztrząsać nad jakimś tam eliksirem? Były gorsze rzeczy niż wysypka, na przykład smak tego specyfiku. Nie wzięła, to nie wzięła, teraz trzeba było myśleć proaktywnie.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —