02.03.2024, 14:10 ✶
Cóż, trudno sobie wyobrazić Ulyssesa gnającego z wielką chęcią do cyrku - dlatego też właśnie spytała. Bo może? Może kiedyś, dawno temu, po prostu został do tego cyrku wzięty? Chociażby wraz z rodzeństwem? Co wcale nie było tożsame z wędrówką "sam z siebie". Cóż, nie można powiedzieć, żeby Malfoy nie była świadoma tego, jak rodzice potrafili naginać wolę latorośli do własnej... Ale, ale, to jedno spojrzenie wystarczyło - nie musiała więcej pytać. W każdym razie, wyglądało na to, że jechali na jednym wózku, aczkolwiek z innych powodów.
- Czasem na sabatach widywałam goblina. I jak się zakręciło kołem, to można było wygrać jakiś drobiazg – wyjaśniła. Tak. Najwyraźniej mówiła o czymś z rodzaju z ostatniego Beltane, gdzie goblin został przyskrzyniony na gorącym uczynku; raczej nie ma co oczekiwać kontynuowania tej, hm, tradycji na kolejnych sabatach. No, chyba że jednak się znajdzie jakiś chętny…
… ale w sumie nie miało to znaczenia, bo ta atrakcja nie zaliczała się jednak do czegoś, za czym szczególnie by tęskniła.
- I po prostu mi się to skojarzyło. Tu kręcenie kołem, tam kręcenie kołem. Aczkolwiek u goblina raczej nie uświadczysz tej niepewności, czy zaraz oberwiesz nożem czy też jednak rzucający ma na tyle pewną rękę, iż żadne niebezpieczeństwo nie grozi – uzupełniła swoje spostrzeżenie. I prawie że się wzdrygnęła, bo jednak nieszczególnie sobie wyobrażała tkwienie na takim kole, w oczekiwaniu na kolejne rzuty. Jeszcze faktycznie ostrze nie ugrzęzłoby w drewnie, a w miękkim ciele… nie, taka rozrywka to zdecydowanie nie dla niej; jakoś nie potrafiła sobie tego wyobrazić.
Nie dało się nie zauważyć reakcji Roolwoda, przez którą w głowie Eunice zakiełkowała pewna myśl. W zasadzie pewnie wcale nie powinni byli tu przychodzić, ale skoro już się tu znaleźli, to może…?
- Hm, nigdy? – zaryzykowała odpowiedź, choć też nie do końca była pewna, czy jakiejkolwiek w ogóle oczekiwał. I nie można powiedzieć, że jej nie zaskoczył, bo jakoś tak… nie spodziewała się specjalnie tego rodzaju gestu z jego strony. A już na pewno nie pociągnięcia.
- Karmel – zdecydowała niemalże natychmiast i posłała uspokajający uśmiech – Jestem pewna, że zdążymy – zapewniła uspokajającym tonem. No bo w końcu – to nie tak, że mieli do celu bardzo, bardzo daleko i również nie tak, że cały popcorn musiał zostać przygotowany całkowicie od podstaw… wręcz przeciwnie, wydawał się stale wysypywać z naczynia, jakby zawierało ono niekończącą się ilość kukurydzianych ziaren.
- … chyba że jednak wolisz nie zdążyć? – spytała cicho, łagodnie. Zawsze można było zamienić cyrk na coś o wiele spokojniejszego. Hałas i tłok na spokój i większą przestrzeń. Ot, nie zamierzała przystawiać narzeczonemu różdżki do głowy i zmuszać do wzięcia udziału w widowisku, jeśli miałby się z tym czuć bardzo, bardzo źle. W końcu budowali sobie właśnie fundamenty pod przyszłe, wspólne życie, prawda? Zdecydowanie nie chodziło tu o wbijanie klina...
- Czasem na sabatach widywałam goblina. I jak się zakręciło kołem, to można było wygrać jakiś drobiazg – wyjaśniła. Tak. Najwyraźniej mówiła o czymś z rodzaju z ostatniego Beltane, gdzie goblin został przyskrzyniony na gorącym uczynku; raczej nie ma co oczekiwać kontynuowania tej, hm, tradycji na kolejnych sabatach. No, chyba że jednak się znajdzie jakiś chętny…
… ale w sumie nie miało to znaczenia, bo ta atrakcja nie zaliczała się jednak do czegoś, za czym szczególnie by tęskniła.
- I po prostu mi się to skojarzyło. Tu kręcenie kołem, tam kręcenie kołem. Aczkolwiek u goblina raczej nie uświadczysz tej niepewności, czy zaraz oberwiesz nożem czy też jednak rzucający ma na tyle pewną rękę, iż żadne niebezpieczeństwo nie grozi – uzupełniła swoje spostrzeżenie. I prawie że się wzdrygnęła, bo jednak nieszczególnie sobie wyobrażała tkwienie na takim kole, w oczekiwaniu na kolejne rzuty. Jeszcze faktycznie ostrze nie ugrzęzłoby w drewnie, a w miękkim ciele… nie, taka rozrywka to zdecydowanie nie dla niej; jakoś nie potrafiła sobie tego wyobrazić.
Nie dało się nie zauważyć reakcji Roolwoda, przez którą w głowie Eunice zakiełkowała pewna myśl. W zasadzie pewnie wcale nie powinni byli tu przychodzić, ale skoro już się tu znaleźli, to może…?
- Hm, nigdy? – zaryzykowała odpowiedź, choć też nie do końca była pewna, czy jakiejkolwiek w ogóle oczekiwał. I nie można powiedzieć, że jej nie zaskoczył, bo jakoś tak… nie spodziewała się specjalnie tego rodzaju gestu z jego strony. A już na pewno nie pociągnięcia.
- Karmel – zdecydowała niemalże natychmiast i posłała uspokajający uśmiech – Jestem pewna, że zdążymy – zapewniła uspokajającym tonem. No bo w końcu – to nie tak, że mieli do celu bardzo, bardzo daleko i również nie tak, że cały popcorn musiał zostać przygotowany całkowicie od podstaw… wręcz przeciwnie, wydawał się stale wysypywać z naczynia, jakby zawierało ono niekończącą się ilość kukurydzianych ziaren.
- … chyba że jednak wolisz nie zdążyć? – spytała cicho, łagodnie. Zawsze można było zamienić cyrk na coś o wiele spokojniejszego. Hałas i tłok na spokój i większą przestrzeń. Ot, nie zamierzała przystawiać narzeczonemu różdżki do głowy i zmuszać do wzięcia udziału w widowisku, jeśli miałby się z tym czuć bardzo, bardzo źle. W końcu budowali sobie właśnie fundamenty pod przyszłe, wspólne życie, prawda? Zdecydowanie nie chodziło tu o wbijanie klina...