02.03.2024, 11:50 ✶
Rodolphus odwrócił głowę w bok, niby to chcąc się rozejrzeć. Ale tak naprawdę przewrócił tak mocno oczami, że aż mu się lekko w głowie zakręciło. Wystarczyłaby po prostu klasyczna odpowiedź, ale jak zwykle Robert musiał postawić na swoim. I o ile zwykle lubił ten jego sposób bycia, to wpychanie wszędzie swoich trzech knutów, tak w tej chwili chyba nie miał na to ochoty. Pogoda temu nie sprzyjała. Może gdyby wciąż było ciepło i słonecznie, to by się uśmiechnął, pokiwał głową, cmoknął z udawanym niezadowoleniem, by szturchnąć Mulcibera kijem, co przecież zawsze lubił. Ale tym razem po prostu się zamknął.
Na nutkę niechęci w jego głosie również nie zareagował. Byli sami, nie musieli udawać jak bardzo gardzili albo takimi miejscami, albo takimi ludźmi. Chociaż Robert sam mieszkał w niemagicznym Londynie, co Lestrange uważał po części za hipokryzję. Ale z drugiej strony to był dobry kamuflaż. Więc i tego nie komentował zwykle, bo może i bywał bezczelny i pyskaty, ale wbrew pozorom wiedział, kiedy przemilczeć pewne sprawy. On sam nigdy nie myślał o tym, by mieszkać w miejscach, gdzie zderzały się dwa światy lub przeciwnie: w miejscu, w którym musiałby się ukrywać z magią. Nie dopuszczał takiej myśli do świadomości, tak po prostu.
- Widzę - Lestrange osłonił oczy dłonią i zmrużył je lekko, by zyskać odrobinę więcej ostrości widzenia. Światło było obiecujące - on sam był już myślami w suchym miejscu, pod dachem, najlepiej z kominkiem i kubkiem gorącej herbaty, która rozgrzałaby mu dłonie. Lubił burzę i lubił deszcz, ale tylko w sytuacji, w której znajdował się w środku, w suchym miejscu. Czym innym było słuchanie bębniących o dach kropel, a czym innym brodzenie w kałużach i błocie, które powstawało błyskawicznie w takich warunkach. - Nie za mało świateł jak na całą wioskę?
Podzielił się wątpliwościami, jednocześnie jednak przyspieszając kroku. Kontrolnie zerkał na Roberta, czy ten nie potrzebuje pomocy. Zaczynało go to wkurwiać. Nie podejrzewał, że ta współpraca odciśnie na nim aż takie piętno. Miał wrażenie, że coś się w nim zmieniło, ale nie do końca potrafił wskazać, co to było. Zwykle miałby Roberta i jego komfort głęboko w nosie. Być może nawet uśmiechnąłby się z satysfakcją, gdyby ten się potknął podczas tej przeprawy. Ale teraz... Teraz było inaczej. Zerkał więc, kontrolując czy nie zwolnić i nie dopasować szybszego tempa do tego Robertowego. Rzucił też lumos, chociaż niewiele ono dawało, ale przynajmniej mogli patrzeć po nogi i omijać większe lub mniejsze kałuże.
Światło było coraz bliżej, a deszcz lał coraz mocniej. Światło z różdżki praktycznie w ogóle przestało im pomagać. Widzieli zaledwie to, co było dwa kroki przed nimi. I światło w oddali, przybliżające się coraz bardziej. Lestrange musiał rzucić kolejne zaklęcie, bo magiczny parasol nie wytrzymał i przepuszczał coraz więcej kropli z każdą kolejną chwilą. W praktyce i tak im niewiele dawał, bo deszcz zacinał od boku, ale jakoś psychicznie czuł się lepiej ze świadomością, że chociaż przed częścią deszczu byli chronieni. Jednocześnie trzymał się blisko Roberta, bo widoczność spadła tak gwałtownie, że chcąc czy nie chcąc musieli uzyskać wspólny rytm chodu, żeby się nie zgubić. Przecinające niebo błyskawice na kilka chwil oświetlały okolicę i to był jedyny plus tej sytuacji.
Rodolphus nie widział za dużo, co dodatkowo go irytowało. Przyzwyczaił się do kontrolowania sytuacji, do obserwacji otoczenia. Tutaj byli wystawieni na ewentualny atak, jakby znaleźli się w bardzo przestronnej pułapce. Ani trochę mu się to nie podobało, ale pozostawało mieć nadzieję, że może jest to jedna chata na uboczu, a pozostałe są nieco dalej. Absolutnie nie dopuszczał do siebie myśli, że ktoś mógłby im nie otworzyć i ich nie wpuścić w tę pogodę. Jeśli nie będą mogli wejść po dobroci, to po prostu wejdą siłą.
Na nutkę niechęci w jego głosie również nie zareagował. Byli sami, nie musieli udawać jak bardzo gardzili albo takimi miejscami, albo takimi ludźmi. Chociaż Robert sam mieszkał w niemagicznym Londynie, co Lestrange uważał po części za hipokryzję. Ale z drugiej strony to był dobry kamuflaż. Więc i tego nie komentował zwykle, bo może i bywał bezczelny i pyskaty, ale wbrew pozorom wiedział, kiedy przemilczeć pewne sprawy. On sam nigdy nie myślał o tym, by mieszkać w miejscach, gdzie zderzały się dwa światy lub przeciwnie: w miejscu, w którym musiałby się ukrywać z magią. Nie dopuszczał takiej myśli do świadomości, tak po prostu.
- Widzę - Lestrange osłonił oczy dłonią i zmrużył je lekko, by zyskać odrobinę więcej ostrości widzenia. Światło było obiecujące - on sam był już myślami w suchym miejscu, pod dachem, najlepiej z kominkiem i kubkiem gorącej herbaty, która rozgrzałaby mu dłonie. Lubił burzę i lubił deszcz, ale tylko w sytuacji, w której znajdował się w środku, w suchym miejscu. Czym innym było słuchanie bębniących o dach kropel, a czym innym brodzenie w kałużach i błocie, które powstawało błyskawicznie w takich warunkach. - Nie za mało świateł jak na całą wioskę?
Podzielił się wątpliwościami, jednocześnie jednak przyspieszając kroku. Kontrolnie zerkał na Roberta, czy ten nie potrzebuje pomocy. Zaczynało go to wkurwiać. Nie podejrzewał, że ta współpraca odciśnie na nim aż takie piętno. Miał wrażenie, że coś się w nim zmieniło, ale nie do końca potrafił wskazać, co to było. Zwykle miałby Roberta i jego komfort głęboko w nosie. Być może nawet uśmiechnąłby się z satysfakcją, gdyby ten się potknął podczas tej przeprawy. Ale teraz... Teraz było inaczej. Zerkał więc, kontrolując czy nie zwolnić i nie dopasować szybszego tempa do tego Robertowego. Rzucił też lumos, chociaż niewiele ono dawało, ale przynajmniej mogli patrzeć po nogi i omijać większe lub mniejsze kałuże.
Światło było coraz bliżej, a deszcz lał coraz mocniej. Światło z różdżki praktycznie w ogóle przestało im pomagać. Widzieli zaledwie to, co było dwa kroki przed nimi. I światło w oddali, przybliżające się coraz bardziej. Lestrange musiał rzucić kolejne zaklęcie, bo magiczny parasol nie wytrzymał i przepuszczał coraz więcej kropli z każdą kolejną chwilą. W praktyce i tak im niewiele dawał, bo deszcz zacinał od boku, ale jakoś psychicznie czuł się lepiej ze świadomością, że chociaż przed częścią deszczu byli chronieni. Jednocześnie trzymał się blisko Roberta, bo widoczność spadła tak gwałtownie, że chcąc czy nie chcąc musieli uzyskać wspólny rytm chodu, żeby się nie zgubić. Przecinające niebo błyskawice na kilka chwil oświetlały okolicę i to był jedyny plus tej sytuacji.
Rodolphus nie widział za dużo, co dodatkowo go irytowało. Przyzwyczaił się do kontrolowania sytuacji, do obserwacji otoczenia. Tutaj byli wystawieni na ewentualny atak, jakby znaleźli się w bardzo przestronnej pułapce. Ani trochę mu się to nie podobało, ale pozostawało mieć nadzieję, że może jest to jedna chata na uboczu, a pozostałe są nieco dalej. Absolutnie nie dopuszczał do siebie myśli, że ktoś mógłby im nie otworzyć i ich nie wpuścić w tę pogodę. Jeśli nie będą mogli wejść po dobroci, to po prostu wejdą siłą.