Na tle tego krzykliwego kuzynostwa, które co i rusz lądowało na głównych stronach gazet, sławnych ze względu na obraną karierę, Rodolphus i Victoria rzeczywiście mogli się wydawać wyjątkowo spokojni i cisi. Ale (prawie)czarnowłosa wiedziała lepiej – to, że na zewnątrz było się tak spokojnym, nie znaczyło, że w głowie i w sercu też było tak poukładanie i pokojowo. Dla niej było… zazwyczaj, bo swoje demony schowała w ciemność, za pancerne drzwi. Ale nawet spod nich się ulewało. Nawet o nie coś czasami drapało w chwili słabości, a przecież Lestrange nie mogli być słabi. Ale dlatego wiedziała, że nie wszystko jest takim, jakie się wydaje na pozór.
– O wszystkie – mówiła cicho i niemalże monotonnie, ale dało się usłyszeć ciche keknięcie. A to dlatego, że faktycznie ją to rozbawiło; cóż za ironia. O wszystkie… Aż przewróciła oczami i ten uśmieszek wypłynął na jej twarz. Jeśli Rodoplhus chciał od niej jakiejś reakcji, pokazania, że nie jest tylko pustą skorupą bez uczuć, to ją dostał, tylko pewnie wątpliwe, że chodziło właśnie o nią. – Biorąc pod uwagę wszystko co się ostatnio stało… To nie jest najlepszy moment mojego życia – odparła mu w końcu. Nie powinno ją to bawić, ale z jakiegoś powodu właśnie tak było. – Już nie jestem ranna – poprawiła go, chociaż gdyby mógł zobaczyć jej plecy, to widziałby bliznę i pozostałość po ataku. Miała jeszcze blizny na lewym przedramieniu i wierzchu lewej dłoni – te srebrzyły się, niczym delikatne nici, i powoli znikały, ale nie był to proces natychmiastowy, jak widać. Lewa dłoń… Ta sama, na której nie nosiła już pierścionka zaręczynowego. – Przynajmniej powierzchownie – to mu akurat przyznała. – Ale nadal jestem zimna jak trup – to jedno się nie zmieniło. I za szybko raczej nie zmieni. Za to to, co nie było powierzchowne, było prawdziwą burzą. Czuła to od początku, ale kilka dni temu dostała swoje potwierdzenie, że to Limbo zmieniło wszystko. I że może to być kres jej życia, a teraz jechała właściwie tylko na oparach. A wszystko dlatego, że Ministerstwo i Eugenia Jenkins bali się nekromancji. Może słusznie, ale Lestrange nie mogła się pozbyć wrażenia, że po prostu bali się nieznanego.
– Uwierzę w natłok pracy – w końcu oderwała szklankę z wodą od stołu i niespiesznie przyłożyła szkło do ust, by upić dwa łyki. Nie odłożyła jednak naczynia, a zostawiła go sobie w dłoniach, przy sobie, przejeżdżając palcem po rancie szklanki. Wierzyła w natłok pracy, bo bałagan był okrutny, jej departament i ten, w którym pracował Rodolphus, miały pełne ręce roboty. To, co wydarzyło się na Polanie Ognisk, było prawdziwą tajemnicą dla świata czarodziejów. Tak jak jej istnienie. I tak jak widma, które krążyły po Kniei Godryka, wysysając z ludzi życie. Dlatego mu wierzyła. Tak jak rozumiała, że po pewnym czasie ludziom było wstyd się odezwać, kiedy uświadamiali sobie, ile go minęło i że było zwyczajnie głupio pisać po… miesiącu. Albo dwóch. Aż coś się w końcu nie działo. Nie winiła Rodolphusa; jej obronna postawa wynikała zupełnie z czegoś innego. – A… no tak – no tak. Co miała innego powiedzieć? Zerwane zaręczyny. Kropka nad i w jej popapranym życiu. Teraz na pewno było widać jej drgnięcie mięśni, a później płynne przejście w gładką kartkę, gdy mocniej zatopiła się w oklumencji. Minęło ledwie pięć dni, zresztą na jej policzku nadal widniała praktycznie pozioma szrama, której niczym nie zasłaniała. Wtedy, gdy matka oznajmiła jej, ze zaręczyny zostały zerwane przez Rookwoodów, w domu rozpętało się prawdziwe piekło. A ona niemal z dumą nosiła tę ranę. Jako przypomnienie dla samej siebie. – Mam nadzieję, że matka nie zacznie mi szukać kolejnego utargu i nie będzie próbowała mnie znowu komuś sprzedać – trzeci raz… Bo Rookwood był drugi. Pierwszy był Rosier, a tamte narzeczeństwo, przerwane zostało przez śmierć. Victoria niemal już o tym zapomniała, bo Rosiera szczerze nie znosiła. – Bo się może gorzko rozczarować – powiedziała to bez cienia uśmiechu, ale z pewną determinacją w głosie. Bo tak było. Obiecała sobie, że to był ostatni raz, gdy rodzina kieruje jej życiem.