02.03.2024, 19:11 ✶
Faktycznie, jakoś tak się złożyło, że o tym nieszczęsnym festynie - oraz stoiskach rozłożonych tuż pod jego oknami, taki drobny szczegół - zdołał niemal kompletnie zapomnieć. Choć może nie tyle zapomniał o samym festynie, co po prostu nie spodziewał się, że to rzeczywiście była już ta konkretna niedziela. Ewentualnie mogło być również tak, że zaskoczył go sam fakt nadejścia czerwca. Bo przecież i takie rzeczy czasami się zdarzały. Kolejne miesiące nadchodziły zupełnie niespodziewanie, bez uprzedzenia i wraz z sobą niosły ze sobą przeróżne niespodzianki.
Na przykład hucznie zapowiadany festyn.
Ten jednak można było uznać za niespodziankę całkiem pozytywną. Wraz z całym swoim gwarem, tłumem i ewentualnymi niedogodnościami, które Terry musiał cyklicznie znosić we własnym mieszkaniu aż do sierpnia. Nic wielkiego. Zresztą, sierpień też najpewniej miał nadejść jakoś całkowicie niespodziewanie, pewnie już jutro albo za tydzień.
- Wybacz, kompletnie nie słyszę, co do mnie mówisz - wyszczerzył się w radosnym uśmiechu do przyjaciółki w odpowiedzi na jej prośbę. Doskonale wiedział, jak kończyło się pożyczanie pieniędzy Penny. Nie wiedział za to, ile tak właściwie była już mu winna. Gdyby podsumować wszystkie lata ich znajomości i wszystkie drobniaki, jakie obiecywała mu oddać, prawdopodobnie wyszłaby z tego całkiem imponująca suma. Tyle, że Terrance od dawna już nawet nie łudził się, że jakakolwiek część tej kwoty miałaby do niego wrócić. I... w sumie nie miał z tym większego problemu.
Co oczywiście wcale nie było jednoznaczne z tym, że miałby tak po prostu zacząć przeszukiwać własne kieszenie i wspaniałomyślnie podarować przyjaciółce pieniądze na jakąś absolutnie niezbędną jej do szczęśliwego życia pierdołę. Co to, to nie. I było to już chyba taką samą normą, jak fakt, że ani jeden pożyczony jej knut nigdy do niego nie wrócił.
- Zdecydowanie tu za głośno i... jasna cholera - pociągnięty wbrew woli w stronę straganu z błyskotkami, musiał najwyraźniej obrać szybko inną taktykę. Chwilowa wybiórcza głuchota widocznie nie była ani zbyt przekonująca, ani jakkolwiek skuteczna.
Niemal jęknął, rzuciwszy okiem na tandetną bransoletkę, która tak zachwyciła Penny. I już nawet miał bezceremonialnie odciągnąć przyjaciółkę od stoiska - zdążył jedynie ułożyć dłonie na jej barkach - kiedy na scenę wkroczyła sprzedawczyni. Najwyraźniej nieświadoma tego, że podobne bzdury - choć, jak miał nadzieję, nieco bardziej przekonująco - zwykle sam wciskał czarodziejom odwiedzającym ich sklep. A uśmiech kobiety i wypowiadane przez nią słowa poruszyły jakąś drażliwą strunę podświadomości, która nie pozwalała tak po prostu, bez jakiegokolwiek komentarza odwrócić się na pięcie i oddalić.
- Założę się o cokolwiek, że masz przynajmniej tuzin podobnych - raz jeszcze rzucił okiem na błyskotkę, teraz już znajdującą się w rękach Penny. - Tylko trochę mniej tandetnych.
Oczywiście, że z premedytacją zadbał o to, by jego słowa - nawet mimo panującego dookoła gwaru - całkiem wyraźnie dotarły do uszu sprzedawczyni. Nawet zerknął ledwie chwilę później w jej stronę, posyłając jej przy okazji absolutnie niewinny uśmiech.
- Pięć sykli w dół? - uniósł wymownie brwi. - Bez żartów, przecież to nie jest warte więcej niż dwa. A to i tak mocno zawyżona cena...
W porządku, może i błyszcząca tandeta nie była jego specjalnością, ale... w tym przypadku chyba naprawdę nie trzeba było uchodzić za znawcę, by domyślić się, że żądana przez kobietę kwota - jakakolwiek nie miałaby być nawet po obniżce - stanowczo przewyższała wartość bransoletki.
Na przykład hucznie zapowiadany festyn.
Ten jednak można było uznać za niespodziankę całkiem pozytywną. Wraz z całym swoim gwarem, tłumem i ewentualnymi niedogodnościami, które Terry musiał cyklicznie znosić we własnym mieszkaniu aż do sierpnia. Nic wielkiego. Zresztą, sierpień też najpewniej miał nadejść jakoś całkowicie niespodziewanie, pewnie już jutro albo za tydzień.
- Wybacz, kompletnie nie słyszę, co do mnie mówisz - wyszczerzył się w radosnym uśmiechu do przyjaciółki w odpowiedzi na jej prośbę. Doskonale wiedział, jak kończyło się pożyczanie pieniędzy Penny. Nie wiedział za to, ile tak właściwie była już mu winna. Gdyby podsumować wszystkie lata ich znajomości i wszystkie drobniaki, jakie obiecywała mu oddać, prawdopodobnie wyszłaby z tego całkiem imponująca suma. Tyle, że Terrance od dawna już nawet nie łudził się, że jakakolwiek część tej kwoty miałaby do niego wrócić. I... w sumie nie miał z tym większego problemu.
Co oczywiście wcale nie było jednoznaczne z tym, że miałby tak po prostu zacząć przeszukiwać własne kieszenie i wspaniałomyślnie podarować przyjaciółce pieniądze na jakąś absolutnie niezbędną jej do szczęśliwego życia pierdołę. Co to, to nie. I było to już chyba taką samą normą, jak fakt, że ani jeden pożyczony jej knut nigdy do niego nie wrócił.
- Zdecydowanie tu za głośno i... jasna cholera - pociągnięty wbrew woli w stronę straganu z błyskotkami, musiał najwyraźniej obrać szybko inną taktykę. Chwilowa wybiórcza głuchota widocznie nie była ani zbyt przekonująca, ani jakkolwiek skuteczna.
Niemal jęknął, rzuciwszy okiem na tandetną bransoletkę, która tak zachwyciła Penny. I już nawet miał bezceremonialnie odciągnąć przyjaciółkę od stoiska - zdążył jedynie ułożyć dłonie na jej barkach - kiedy na scenę wkroczyła sprzedawczyni. Najwyraźniej nieświadoma tego, że podobne bzdury - choć, jak miał nadzieję, nieco bardziej przekonująco - zwykle sam wciskał czarodziejom odwiedzającym ich sklep. A uśmiech kobiety i wypowiadane przez nią słowa poruszyły jakąś drażliwą strunę podświadomości, która nie pozwalała tak po prostu, bez jakiegokolwiek komentarza odwrócić się na pięcie i oddalić.
- Założę się o cokolwiek, że masz przynajmniej tuzin podobnych - raz jeszcze rzucił okiem na błyskotkę, teraz już znajdującą się w rękach Penny. - Tylko trochę mniej tandetnych.
Oczywiście, że z premedytacją zadbał o to, by jego słowa - nawet mimo panującego dookoła gwaru - całkiem wyraźnie dotarły do uszu sprzedawczyni. Nawet zerknął ledwie chwilę później w jej stronę, posyłając jej przy okazji absolutnie niewinny uśmiech.
- Pięć sykli w dół? - uniósł wymownie brwi. - Bez żartów, przecież to nie jest warte więcej niż dwa. A to i tak mocno zawyżona cena...
W porządku, może i błyszcząca tandeta nie była jego specjalnością, ale... w tym przypadku chyba naprawdę nie trzeba było uchodzić za znawcę, by domyślić się, że żądana przez kobietę kwota - jakakolwiek nie miałaby być nawet po obniżce - stanowczo przewyższała wartość bransoletki.