– Naprawdę? Aż dziwne, że potrafisz się wyspać w namiocie i nie potrzebowałeś dla siebie ściągnąć takiego łóżka z baldachimem – jak dla Lety (i Jamila) powiedziała z błyskiem w oku, nie wspominając jednak imion kolegów z ekipy, bo ten żart rozumiał się sam przez się. – Albo, że wszędobylski piasek w Egipcie nie przeszkadzał ci tak bardzo, jak wysypywałeś go później z butów i z… – zawiesiła się sugestywnie i przysunęła do Cathala odrobinę, by ciszej, a jednocześnie nie za cicho, dokończyć to jakże ważne dla ludzkości zdanie: – majtek – i wtedy parsknęła i odsunęła się na odpowiednią odległość. Oboje doskonale wiedzieli, że żadna księżniczka, która to spała na ziarnku grochu, nie miałaby lekkiego życia na wykopaliskach i to nie była praca dla ludzi, którzy mogli żyć bez wygód. Magia wiele rzeczy upraszczała i ułatwiała, zgoda, ale nie dało się jej używać zawsze i wszędzie.
Gdyby czuła się niekomfortowo, obejmowana przez Cathala, to ten taniec wyglądałby zupełnie inaczej. Ale jego obecność i dotyk jej nie wadziły, nie byli osobami, które widzą się pierwszy raz na oczy i są zmuszone do kontaktu ze sobą, jak to miało miejsce na tym (jakże głupim) konkursie. Lubiła jego obecność i czuła się swobodnie, nic nieodpowiedniego się więc nie działo (to znaczy przegrana w konkursie była nieodpowiednia, ale o niej Ginewra starała się nie myśleć).
– Nie jestem przesadną fanką ryb – znaczy zjeść – zje, ale nie był to jej pierwszy wybór. Właściwie to w Egipcie dużo się jadło ryb, warzyw i owoców, natomiast ryba w cieśnie… Takiego cuda to nie jadła, to musiała przyznać. – Ale jak to taki przysmak, to mogę spróbować – stwierdziła, choć raczej nie była na ten pomysł pełna entuzjazmu… Ale była w niej pewna ciekawość, to na pewno. – Nie obrażam, nigdy go nie jadłam, to co tu obrażać. Po prostu… Wolę… inne rzeczy? – na przykład nadziewane gołębie, hamam mahshi. Albo shawarma – takie rzeczy lubiła. – Chyba jadłam kiedyś ten pudding. Któraś ciotka chyba zrobiła, albo może nawet moja babcia… Jak kilka lat temu przyjechaliśmy tu na Yule – przekopywała właśnie pamięć w poszukiwaniu tych detali i było to widać, ale ostatecznie wzruszyła ramionami, bo nie była do końca przekonana. – Mówisz, że taki dobry? – zaś pudding świąteczny… – Rodzynki są wspaniałe. Tak jak suszone daktyle – i słodkie jak cholera, zwłaszcza te drugie. Czy ktoś taki jak ona, wychowany na kuchni egipskiej, mógł nie lubić suszonych owoców?
Słuchała tego wywodu o fasolkach i Cathal, pomiędzy jednym obrotem a drugim, mógł widzieć, jak zmieniają się jej emocje – jak w kalejdoskopie. Od skonsternowania, przez umiarkowane zainteresowanie, przez zaintrygowanie, przez pełną atencję, po pewność.
– Oszalałeś? Bez ryzyka nie ma zabawy. Teraz to już muszę ich spróbować. Całą garść! – przecież wiedział z kim ma do czynienia. I to nie tak, że ryzykowała i rywalizowała z każdym o wszystko wszędzie. Ale te fasolki… To brzmiało jak kupa wspaniałej zabawy, a ona nie miała oporów przed próbowaniem nowych rzeczy. Szczególnie jeśli to była taka ruletka. – Gdzie to dostać?! – ależ się podekscytowała… Aż oczy jej zabłysły i na moment zmieniły się w kocie. Szybko jednak wróciły do normalności, gdy zorientowała się, co robi i gdzie są – ale była pewna, że nikt prócz Cathala i tak by tego nie zauważył.