Nie tyle miała dość tematu, co zwyczajnie był solą w jej oku. Od początku maja nic innego nie robiła, tylko szukała informacji o tym, jak to kurestwo odkręcić i co się właściwie stało. Dodatkowym kopniakiem prosto w żołądek było odkrycie, że z Limbo zabrała cząstkę własnej babci, tej od strony Parkinsownów, i czasami widziałą okruchy jej życia. Im dalej w las tym bardziej popierdolone. Raz nawet trafiła przez to na Nokturn i zachowywała się jak kompletna wariatka, a innym razem pomyliła Sauriela z dawną miłością własnej babci. A jeszcze innym razem, prawie rzuciła się do gardła Laurenta, jak do swojej ofiary. Tym nie bardzo się chwaliła, nie chciała wyjść na jeszcze większą wariatkę, niż już była, skoro w ogóle wylazła, jakże bohatersko, z Limbo. A skąd ludzie wiedzieli, że stali tam oko w oko z Lordem Voldemortem, to była dla niej prawdziwa zagadka. Tuż przed zerwaniem zaręczyn, dzień wcześniej właściwie, dowiedziała się, a raczej upewniła w tym, że nikt do końca nie wie jak to odkręcić, nawet ludzie mogący tak po prostu studiować nekromancję w Durmstrangu, i że jeśli nic nie zrobi, to umrze. A jeśli zrobi, to też jest szansa, że wykituje. I co, jak miało się taką diagnozę i życie ci się sypało, to jakoś… Przestawało się patrzeć na pewne konwenanse. Przestawałeś się przejmować. I ona też właśnie dobiła do tego momentu – wkurwienia, bezsilności; zwłaszcza bezsilności. Co miała już teraz do stracenia? Była tym zwierzęciem przypartym do ściany, które już nie ma dokąd uciec. Więc zaczynało atakować. Nie liczyła już na żadną pomoc Ministerstwa, ani Departamentu Tajemnic, który badał ją i trójkę pozostałych Zimnych; gówno wiedzieli i gówno się dowiedzieli, a przynajmniej nikt dalej nie dawał znać, czy cokolwiek znaleźli. I Victoria podejrzewała, że nie znajdą. To wszystko, to było jedno wielkie błądzenie po omacku, bo nekromancja.
Nie ciągnęła, dając Rodolphusowi czas, by przetrawił jej słowa. Niezbyt przejęła się tym, że nie odpowiedział jej na wcześniejsze pytanie, po prostu go obserwowała, zastanawiając się w ciszy, do czego to wszystko prowadzi. Ale była cierpliwą kobietą, bardzo cierpliwą… Może nawet zbyt cierpliwą. Cholera, wytrzymała dwadzieścia parę lat znajomości z Brenną, wytrzymywała pyskówki Sauriela, wytrzymała z Isabellą Lestrange pod jednym dachem dwadzieścia siedem lat – jeśli to nie było świadectwem jej anielskiej cierpliwości, to chyba nic nią nie było.
– Zamierzam wziąć życie w swoje ręce, skoro wszystkie decyzje moich rodziców były całkowicie i beznadziejnie głupie – i nie liczyła, że nauczyli się na błędach. To znaczy chodziło głównie o jej matkę, to ona miała potrzebę rządzenia i dyrygowania, jej ojciec wolał się zająć swoimi sprawami – pracą, eliksirami… Czasami coś tam powtórzył z tego co matka mówiła, ewentualnie próbował jakoś łagodzić napięcie. – Sama sto razy lepiej sobie z tym poradzę – o a tego była akurat pewna. Uparcie i zarozumiale pewna, ale jednak. To był jej wybór. Prawdziwie, dokumentnie tylko jej. Może nawet pierwszy w jej życiu tak ważny i samodzielny.
Rana… cóż. Była aurorem, różne rzeczy się działy, ale dość łatwo można było założyć, ze gdyby coś stało jej się w pracy, to by się tym zajęto, nie chodziłaby z tym tak, jakby to było jakieś trofeum, memento, czy cokolwiek, a ona to właśnie robiła. Jej matka wpadła we wściekłość, bo to nie ona rozdała te ostatnie karty, a teraz… teraz kobiety się po prostu unikały. A Victoria po kryjomu planowała wyprowadzę z domu, bo bała się, że jeśli matka ją na tym złapie i jej zakaże, to głupio się złamie i posłucha. Wolała… wolała jakoś złapać pion i poziom w tym szaleństwie.
– Nie planuję nikogo teraz szukać. Kompletnie nie mam ochoty – zresztą głowę i myśli już jej ktoś zaprzątał. Tak jak serce. Nie czułaby się w porządku, by zajmować się lataniem za facetami, kiedy czuła się romantycznie… niedostępna. – Informację? – aż zmarszczyła brwi, skonsternowana. Co on do niej mówił? Pomoc? Co niby miałoby odwrócić wzrok rodziny? – Co się dzieje?