03.03.2024, 14:11 ✶
Odetchnął z ulgą, gdy mógł zdjąć przemoczony płaszcz, a skrzat ich wysuszył. To były pożyteczne stworzenia, chociaż w swoim mieszkaniu gościł je rzadko. Głównie dlatego, że tego nie potrzebował, zostały więc z rodzicami, chociaż był pewny, że co najmniej jeden by za nim podążył, gdyby tylko tego zażądał. Póki jednak mieszkał sam, nie widział potrzeby. A skrzaty i tak zawsze przybywały, gdy tego potrzebował. Wystarczyła krótka wiadomość, wysłana do rodziców i zjawiały się niemal od razu. Ten tu był... Cóż - na pewno miał adekwatną nazwę, patrząc na to, w jaki sposób chodził. Człapał przy każdym kroku, a duże uszy falowały, co w innych warunkach może i uznałby za zabawne. Teraz jednak pomimo osuszenia wciąż było mu zimno, więc po prostu zarejestrował ten fakt i pokręcił głową, ruszając za stworzeniem i Robertem.
Samotna, miła pani. Rodolphusowi nie do końca podobał się opis tej kobiety. Wciąż zastanawiał się, czemu mieszkała tu sama. Za co żyła, w jaki sposób zarabiała. Czym się trudniła? Czy żyła za pieniądze rodziny, czy może po prostu znalazła jakiś inny sposób? Nie miał pojęcia, a i nie był typem, który dopytuje. Szedł w milczeniu, a do głowy nawet nie przyszło mu, by przerwać monolog skrzata, a potem rozmowę. Najpierw zwrócił uwagę jednak na kominek. Odetchnął w duchu, bo tego potrzebował. Dopiero gdy usłyszał ciepły, miły dla ucha głos, jego wzrok powędrował w kierunku kobiety. Ładna. Przyjazna. Przyciągała uwagę, zdecydowanie - powinna brylować w towarzystwie, bywać na balach. A być może i bywała? Nie wykluczał tego, w końcu to on był tym, który przyjęć unikał od lat. Może kiedyś się z nią minął i nie zarejestrował, a być może kobieta podobnie jak on nie przepadała za tego typu przyjęciami. W końcu mieszkała w domu na odludziu, z dala od innych.
Pozostawił uprzejmości Robertowi, sam odwracając wzrok. Potoczył nim po wnętrzu, które było całkiem przyjemnie urządzone, ciepłe. Nie umknął mu fakt, że kobieta miała naprawdę dużo książek. Wysokie regały aż się pod nimi uginały. Uniósł brwi w geście uznania, nim nie drgnął, słysząc słów o herbacie.
- Również. Rodolphus Lestrange - podobnie jak Mulciber, nie wyciągał ręki. Oboje znali maniery i wiedzieli, że to kobieta powinna wyrazić chęć kontaktu z mężczyzną. Tu się tak nie stało. Pani Una skinęła im głową, obdarzając uprzejmym uśmiechem. Wszystko wyglądało normalnie, wszystko było w porządku. Wszystko było aż boleśnie realne. Być może dlatego coś tu Rodolphusowi nie pasowało. Blondynka przyjmowała dwóch obcych mężczyzn w swoim domu, za jedyną ochronę mając domowego skrzata, który w tej chwili rozpłynął się w powietrzu, zapewne po to, by przygotować herbatę. Nie bała się? A może maskowała strach? A może po prostu ta pogoda i przebywanie za długo z Robertem rzucało mu się na mózg i zaczynał wszędzie węszyć spisek? Bo przecież nic tu się nie działo - kobieta wskazała im kanapę, znajdującą się nieopodal kominka. Sama powróciła na fotel, który przed chwilą zajmowała, uprzednio zaznaczając stronę, na której przerwała, zakładką w kształcie ptasiego pióra. Wyglądała na srebrną, miała także delikatną ozdobę, przewieszoną na łańcuszku. Albo z kolorowym szkiełkiem, albo z kamieniem szlachetnym - nie był w stanie tego ocenić. Zastanawiał się też, czy zamierza im się przedstawić, chociaż przecież musieli znać jej imię, bo padło niejednokrotnie ze strony skrzata. Ale nie wcinał się w tę ciszę, przyjął ją po prostu jako coś absolutnie normalnego. I tylko włoski jeżące się na karku mówiły mu, że coś było tutaj nie tak - albo z tą babą, albo z jego głową.
Samotna, miła pani. Rodolphusowi nie do końca podobał się opis tej kobiety. Wciąż zastanawiał się, czemu mieszkała tu sama. Za co żyła, w jaki sposób zarabiała. Czym się trudniła? Czy żyła za pieniądze rodziny, czy może po prostu znalazła jakiś inny sposób? Nie miał pojęcia, a i nie był typem, który dopytuje. Szedł w milczeniu, a do głowy nawet nie przyszło mu, by przerwać monolog skrzata, a potem rozmowę. Najpierw zwrócił uwagę jednak na kominek. Odetchnął w duchu, bo tego potrzebował. Dopiero gdy usłyszał ciepły, miły dla ucha głos, jego wzrok powędrował w kierunku kobiety. Ładna. Przyjazna. Przyciągała uwagę, zdecydowanie - powinna brylować w towarzystwie, bywać na balach. A być może i bywała? Nie wykluczał tego, w końcu to on był tym, który przyjęć unikał od lat. Może kiedyś się z nią minął i nie zarejestrował, a być może kobieta podobnie jak on nie przepadała za tego typu przyjęciami. W końcu mieszkała w domu na odludziu, z dala od innych.
Pozostawił uprzejmości Robertowi, sam odwracając wzrok. Potoczył nim po wnętrzu, które było całkiem przyjemnie urządzone, ciepłe. Nie umknął mu fakt, że kobieta miała naprawdę dużo książek. Wysokie regały aż się pod nimi uginały. Uniósł brwi w geście uznania, nim nie drgnął, słysząc słów o herbacie.
- Również. Rodolphus Lestrange - podobnie jak Mulciber, nie wyciągał ręki. Oboje znali maniery i wiedzieli, że to kobieta powinna wyrazić chęć kontaktu z mężczyzną. Tu się tak nie stało. Pani Una skinęła im głową, obdarzając uprzejmym uśmiechem. Wszystko wyglądało normalnie, wszystko było w porządku. Wszystko było aż boleśnie realne. Być może dlatego coś tu Rodolphusowi nie pasowało. Blondynka przyjmowała dwóch obcych mężczyzn w swoim domu, za jedyną ochronę mając domowego skrzata, który w tej chwili rozpłynął się w powietrzu, zapewne po to, by przygotować herbatę. Nie bała się? A może maskowała strach? A może po prostu ta pogoda i przebywanie za długo z Robertem rzucało mu się na mózg i zaczynał wszędzie węszyć spisek? Bo przecież nic tu się nie działo - kobieta wskazała im kanapę, znajdującą się nieopodal kominka. Sama powróciła na fotel, który przed chwilą zajmowała, uprzednio zaznaczając stronę, na której przerwała, zakładką w kształcie ptasiego pióra. Wyglądała na srebrną, miała także delikatną ozdobę, przewieszoną na łańcuszku. Albo z kolorowym szkiełkiem, albo z kamieniem szlachetnym - nie był w stanie tego ocenić. Zastanawiał się też, czy zamierza im się przedstawić, chociaż przecież musieli znać jej imię, bo padło niejednokrotnie ze strony skrzata. Ale nie wcinał się w tę ciszę, przyjął ją po prostu jako coś absolutnie normalnego. I tylko włoski jeżące się na karku mówiły mu, że coś było tutaj nie tak - albo z tą babą, albo z jego głową.