04.03.2024, 13:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.03.2024, 16:51 przez Neil Enfer.)
W ostatnim akapicie paczam na vegetującego Sebę ze swojego miejsca.
Parki pędziły na parkiet. Obserwował wszystkich cierpliwie i z uśmiechem, z jakim kryła się gorycz i rozczarowanie. Czemu racjonalizowanie i rozumienie wszystkiego nie rozwiązywało ani trochę skomplikowanych emocji. Może powinien iść do Perseusa i zapłacić mu podwójnie za rozmowę w czasie imprezy? Ha! Żeby go niby było stać, co? Już i tak ledwo na ich zwykłe rozmowy ma pieniądze. Nie wie czy nie będzie musiał spotykać się z nim rzadziej, choć i tak nie robi tego często. Co będzie dalej? Miał wrażenie, że ledwo udaje mu się łapać nitki życia palcami, do tego są one strasznie śliskie, uciekając, non stop musi poprawiać chwyt, plątać się w nich, owijać dookoła nadgarstków, żeby jeszcze chwilę z nim zostały. Wszystko to było bezsensowne i nie widać było końca, bo co może być zakończeniem? Może i rzucenie tego nie byłoby takie ciężkie, w końcu jego ścieżki życia ze wszystkimi osobami tutaj się praktycznie nie przecinają, może Perseusa zobaczy przypadkiem na ulicy, choć ich harmonogramy dnia, też się najwidoczniej różnią, skoro tyle mieszkali obok siebie, a się nie zauważali. Z innej strony, nie szukali też siebie, nie patrzyli, może ignorowali się mijając się codziennie w drzwiach.
Westchnął ciężko, bujając nogą, zamyślony obserwował otoczenie, przesuwając spojrzeniem po roślinach, które patrzyły się na niego z wyrzutem.
-To nie wasza sprawa...-burknął do zielonego liścia, który skarcony natychmiast skulił się w sobie ze smutną miną, aż wilkołakowi pękło serce na ten widok.-Przepraszam.-wymruczał, a roślina niby przebaczyła, choć dalej było jej przykro. Tak było zawsze. Zrobisz coś, przeprosisz, ale niesmak pozostanie na długo, jak nie na zawsze. Uraza będzie się ciągnąć, a nieufność dzielnie idzie za nią krok w krok.
Zastukał paznokciem w kieliszek, obserwując cały chaos na parkiecie, patrząc z daleka na usta tańczących chcąc wyczytać co mówią, z czego się śmieją, co sobie tam wyznają w swojej małej, prywatnej przestrzeni na środku jeziora. Chciałby też coś wyznać, ale dzisiejsza noc jeszcze bardziej uświadomiła mu zasady gry. Nie przeżyje w tym świecie będąc taki jaki jest, czy to przez innych chcących wymusić na nim pewne zachowania, czy przez samego siebie, kiedy rozpacz i poczucie zawodu w końcu go pochłoną całkowicie. Podstaw nie można zmieniać, nie da się, ale miał zamiar to zrobić. Skoro nigdy nie będzie mu dane zatańczyć swobodnie z kimś kogo kocha, nigdy nie będzie mógł pocałować publicznie miłości swojego życia, nie będzie mógł się przyznać przed wszystkimi do związku, to nie będzie tego robił. Nie jest zawiedziony, że nie może mieć gwiazdki z nieba, bo to niemożliwe. Takie samo podejście powinien mieć i do swoich marzeń. Dziecinne, naiwne, ignorujące rzeczywistość. Może to właśnie ich dzieliło najbardziej. Był głupi, wiedział to, był tak strasznie głupi...
Uciekł spojrzeniem od parkietu, mając dość widoku tańczących, roześmianych i zauroczonych ludzi. Nie wszyscy jednak tańczyli. Byli też tacy jak oni, siedzący, obserwujący, wewnętrznie zdegustowani a przymilnym wzrokiem na zewnątrz. Przeleciał z daleka mężczyzn wzrokiem, od góry do dołu, od dołu do góry. Nie wypada się patrzeć, nie wypada wskazywać palcami, a jednak ludzie cały czas tak robią. Nie mógł wymagać dobrego zachowania od innych, jeśli sam się tak nie zachowywał. Szybko wrócił spojrzeniem na parkiet, choć w rzeczywistości patrzył się na lśniącą wodniście podłogę.
Parki pędziły na parkiet. Obserwował wszystkich cierpliwie i z uśmiechem, z jakim kryła się gorycz i rozczarowanie. Czemu racjonalizowanie i rozumienie wszystkiego nie rozwiązywało ani trochę skomplikowanych emocji. Może powinien iść do Perseusa i zapłacić mu podwójnie za rozmowę w czasie imprezy? Ha! Żeby go niby było stać, co? Już i tak ledwo na ich zwykłe rozmowy ma pieniądze. Nie wie czy nie będzie musiał spotykać się z nim rzadziej, choć i tak nie robi tego często. Co będzie dalej? Miał wrażenie, że ledwo udaje mu się łapać nitki życia palcami, do tego są one strasznie śliskie, uciekając, non stop musi poprawiać chwyt, plątać się w nich, owijać dookoła nadgarstków, żeby jeszcze chwilę z nim zostały. Wszystko to było bezsensowne i nie widać było końca, bo co może być zakończeniem? Może i rzucenie tego nie byłoby takie ciężkie, w końcu jego ścieżki życia ze wszystkimi osobami tutaj się praktycznie nie przecinają, może Perseusa zobaczy przypadkiem na ulicy, choć ich harmonogramy dnia, też się najwidoczniej różnią, skoro tyle mieszkali obok siebie, a się nie zauważali. Z innej strony, nie szukali też siebie, nie patrzyli, może ignorowali się mijając się codziennie w drzwiach.
Westchnął ciężko, bujając nogą, zamyślony obserwował otoczenie, przesuwając spojrzeniem po roślinach, które patrzyły się na niego z wyrzutem.
-To nie wasza sprawa...-burknął do zielonego liścia, który skarcony natychmiast skulił się w sobie ze smutną miną, aż wilkołakowi pękło serce na ten widok.-Przepraszam.-wymruczał, a roślina niby przebaczyła, choć dalej było jej przykro. Tak było zawsze. Zrobisz coś, przeprosisz, ale niesmak pozostanie na długo, jak nie na zawsze. Uraza będzie się ciągnąć, a nieufność dzielnie idzie za nią krok w krok.
Zastukał paznokciem w kieliszek, obserwując cały chaos na parkiecie, patrząc z daleka na usta tańczących chcąc wyczytać co mówią, z czego się śmieją, co sobie tam wyznają w swojej małej, prywatnej przestrzeni na środku jeziora. Chciałby też coś wyznać, ale dzisiejsza noc jeszcze bardziej uświadomiła mu zasady gry. Nie przeżyje w tym świecie będąc taki jaki jest, czy to przez innych chcących wymusić na nim pewne zachowania, czy przez samego siebie, kiedy rozpacz i poczucie zawodu w końcu go pochłoną całkowicie. Podstaw nie można zmieniać, nie da się, ale miał zamiar to zrobić. Skoro nigdy nie będzie mu dane zatańczyć swobodnie z kimś kogo kocha, nigdy nie będzie mógł pocałować publicznie miłości swojego życia, nie będzie mógł się przyznać przed wszystkimi do związku, to nie będzie tego robił. Nie jest zawiedziony, że nie może mieć gwiazdki z nieba, bo to niemożliwe. Takie samo podejście powinien mieć i do swoich marzeń. Dziecinne, naiwne, ignorujące rzeczywistość. Może to właśnie ich dzieliło najbardziej. Był głupi, wiedział to, był tak strasznie głupi...
Uciekł spojrzeniem od parkietu, mając dość widoku tańczących, roześmianych i zauroczonych ludzi. Nie wszyscy jednak tańczyli. Byli też tacy jak oni, siedzący, obserwujący, wewnętrznie zdegustowani a przymilnym wzrokiem na zewnątrz. Przeleciał z daleka mężczyzn wzrokiem, od góry do dołu, od dołu do góry. Nie wypada się patrzeć, nie wypada wskazywać palcami, a jednak ludzie cały czas tak robią. Nie mógł wymagać dobrego zachowania od innych, jeśli sam się tak nie zachowywał. Szybko wrócił spojrzeniem na parkiet, choć w rzeczywistości patrzył się na lśniącą wodniście podłogę.