Nienawidził bezradności ślepoty. Już wielokrotnie w swoim życiu zdarzało mu się tracić wzrok na chwilę, ale nie trwało to nigdy aż tak długo i tylko raz pociekła mu krew, dawno temu. Starał się nie panikować, dlatego mówił, w głowie obracając różne scenariusze. Nigdy już nie będzie widział normalnie, tylko przyszłość, było teorią jego zdaniem mało prawdopodobną. Chociaż nie uważał jej za skończony zasób, nadal pozostawała w większości tajemnicą, a oni udawali, że potrafią ją ujarzmić. Drugą opcją było zaburzenie ze względu na dziwną, czasoprzenną formę drugiej przestrzeni. Spodziewał się, że mógł to być jakiś zniekształcony wymiar kieszonkowy, jak w przypadku toreb i kieszeni, budynków, z większą pojemnością wewnątrz, niż na zewnątrz, który nie funkcjonował na normalnych zasadach. Była też możliwość, która przerażała go najbardziej, o której nie zamierzał myśleć, dopóki mistrzowie uzdrawiania z Munga nie wydadzą wyroku na jego zmysł wzroku.
— Próbuję, Brenno, ale jeśli mi nie przejdzie, to poproszę, żebyś to zrobiła — odpowiedział jej nieco zuchwale, kreując ponownie obraz pewności siebie i tego, że przecież nic mu nie będzie. W gruncie rzeczy, tak było, nawet jeśli miałby przez ten wypadek już nigdy nie ujrzeć światła dnia w czasie rzeczywistym. Miał obrazy przyszłości i to mogło mu wystarczyć, chociaż wolał, gdy jeden obraz nakładał się na drugi, wtedy łatwiej wyczuć niedefinitywność czasu. — Nie do końca mam tutaj przełącznik.
Po omacku wyjął swoją chusteczkę, a zbrązowiała już krew na białym płótnie, widoczny wzór, który na pewno nie był kwieciem, wydała to, że zdawał sobie sprawę z problemu wcześniej. Zignorował go na rzecz powodzenia misji, za co nie mogła go zrugać, bo prawdopodobnie wszyscy Longbottomowie cierpieli z powodu jakiejś klątwy, która pchała ich w słodkie, chwalebne objęcia martyrologii. Zaczął nieco niezgrabnie wycierać twarz z krwi, która łaskotała jego skórę. Krwawienie na szczęście ustało.
— Dziękuję, panie Lestrange — powiedział, swobodnie wracając do poprzedniej formy grzecznościowej. — Bardzo to doceniam. Najwyżej później odeśle kogoś do dopisania kilku słów w moim imieniu z ramienia Komanty Przepowiedni.
Mówienie mu pomagało, odwracało myśli, więc paplał do medyków, którzy świecili światłem w jego nieruchome oczy i opatrywali Brennę. W końcu został też zabrany do Munga, gdzie spędził trzy dni, aż jego oczy w pełni wrociły do sprawności. Dziękował bogom za to, że było go stać na izolatkę, w najdalszej części szpitala, chyba stworzonej właśnie dla takich przypadków, jak on, gdy przewidywanie narodzin, śmierci oraz bólu jest jednym, co się widzi podczas pobytu.