04.03.2024, 16:24 ✶
Podejrzewał oczywiście, jak skończy się to całe sprzątanie, otwieranie i zamykanie sklepu w wykonaniu Penny. Ba, on nie podejrzewał. Po prostu wiedział. Mógł przewidzieć już teraz, że najpewniej jeszcze jutro Weasley uzna, że skoro Terry i tak zamierza siedzieć w sklepie do późna, to na pewno nic się nie stanie, jeśli to on zajmie się całą zabawą związaną z jego zamknięciem. Mógł również przewidzieć, że mniej więcej w okolicach wtorku Penny dojdzie do wniosku, że codzienne sprzątanie wcale nie było absolutnie konieczne. Co więcej - wiedział doskonale, że te jego przewidywania były jak najbardziej trafne.
Być może powinien więc całkiem na poważnie zastanowić się nad ewentualną karierą jako jasnowidz.
Nie skomentował jednak jej prośby ani jednym słowem. Uznał, że wymowne spojrzenie w zupełności tutaj wystarczy. Zwłaszcza, że to i tak najpewniej miało pozostać całkowicie niezauważone - tak samo, jak i zignorowane zostałoby wszystko to, co mógłby w tej sytuacji powiedzieć.
Z cichym jak tam sobie chcesz pozwolił poprowadzić się z powrotem do stoiska, gdzie już czekała na nich sprzedawczyni. Jakby tylko wyczekiwała momentu, kiedy podejdą ponownie i kiedy będzie mogła przejść do ofensywy. A ta - trzeba przyznać - szła jej całkiem sprawnie. W innych okolicznościach Terry mógłby nawet docenić wprawę i zapał, z jakim kobieta usiłowała wcisnąć im swój towar. Tyle, że... sam miał już w tym zakresie niejaką wprawę. Poniekąd. Bo jednak wolał trzymać się myśli, że - w przeciwieństwie do tej sprzedawczyni - oferował swoim klientom towary nieco bardziej wartościowe. Pomijając ewentualne zmyślone wróżby. Te można było przemilczeć.
- Samą bransoletkę - pozwolił sobie na krótkie, nieco zmęczone westchnięcie. Tuż po tym, jak już posłał Penny chwilowe spojrzenie. Po części zaniepokojone podsuniętymi jej pod nos pierścionkami, po części zaś zaskoczone faktem, że rzeczywiście jak dotąd nie odezwała się ani słowem.
Może zaniemówiła od nadmiaru błyskotek...
- Bez wisiorków, pierścionków, pudełek i domowych ciasteczek - dodał, posyłając kobiecie uśmiech i wyciągając w jej stronę rękę, by mogła mu po prostu podać tę cholerną bransoletkę. Odpuszczając sobie pakowanie, które pewnie i tak było całkowicie zbędne. Podejrzewał, że Penny i tak nie pozostawiłaby jej zapakowanej zbyt długo.
- To będzie... ile tak właściwie? - ilekolwiek by nie chciała, warto było wreszcie poznać konkretną kwotę, nie tylko enigmatyczne "mniej o pięć lub trzy sykle". Mogło się to przydać, by zacząć jakkolwiek się targować. Zanim jednak sprzedawczyni zdążyłaby odpowiedzieć, za to gdy tylko bransoletka dotknęła jego dłoni, z zaskoczoną miną upuścił ją na inne wystawione przed nimi towary. A nawet cofnął się o krok, tak dla lepszego efektu.
- Te kamienie... skąd właściwie pochodzą? - zaniepokojone spojrzenie utkwił na dłuższą chwilę w twarzy kobiety, następnie przenosząc je na Penny. - Słuchaj, to chyba nie jest najlepszy pomysł... Raczej i tak nie wolałabyś jej nie nosić.
Blefował? Bardzo możliwe. Choć w takim wypadku pewnie warto byłoby się zastanowić, czy faktycznie chciał zniechęcić do zakupu przyjaciółkę, czy może jednak udowodnić sprzedawczyni, że jej towar warty był znacznie mniej. Ze względu na jego nieciekawą przeszłość. Bo, kto wie, może rzeczywiście sięgając tym razem po bransoletkę, zdołał coś niespodziewanie wyczuć? Czasami się to przecież zdarzało. A tym razem to chyba Penny musiała ocenić, na ile Terry był przekonujący i czy - przy założeniu, że udawał - zamierzała brnąć w to razem z nim.
Być może powinien więc całkiem na poważnie zastanowić się nad ewentualną karierą jako jasnowidz.
Nie skomentował jednak jej prośby ani jednym słowem. Uznał, że wymowne spojrzenie w zupełności tutaj wystarczy. Zwłaszcza, że to i tak najpewniej miało pozostać całkowicie niezauważone - tak samo, jak i zignorowane zostałoby wszystko to, co mógłby w tej sytuacji powiedzieć.
Z cichym jak tam sobie chcesz pozwolił poprowadzić się z powrotem do stoiska, gdzie już czekała na nich sprzedawczyni. Jakby tylko wyczekiwała momentu, kiedy podejdą ponownie i kiedy będzie mogła przejść do ofensywy. A ta - trzeba przyznać - szła jej całkiem sprawnie. W innych okolicznościach Terry mógłby nawet docenić wprawę i zapał, z jakim kobieta usiłowała wcisnąć im swój towar. Tyle, że... sam miał już w tym zakresie niejaką wprawę. Poniekąd. Bo jednak wolał trzymać się myśli, że - w przeciwieństwie do tej sprzedawczyni - oferował swoim klientom towary nieco bardziej wartościowe. Pomijając ewentualne zmyślone wróżby. Te można było przemilczeć.
- Samą bransoletkę - pozwolił sobie na krótkie, nieco zmęczone westchnięcie. Tuż po tym, jak już posłał Penny chwilowe spojrzenie. Po części zaniepokojone podsuniętymi jej pod nos pierścionkami, po części zaś zaskoczone faktem, że rzeczywiście jak dotąd nie odezwała się ani słowem.
Może zaniemówiła od nadmiaru błyskotek...
- Bez wisiorków, pierścionków, pudełek i domowych ciasteczek - dodał, posyłając kobiecie uśmiech i wyciągając w jej stronę rękę, by mogła mu po prostu podać tę cholerną bransoletkę. Odpuszczając sobie pakowanie, które pewnie i tak było całkowicie zbędne. Podejrzewał, że Penny i tak nie pozostawiłaby jej zapakowanej zbyt długo.
- To będzie... ile tak właściwie? - ilekolwiek by nie chciała, warto było wreszcie poznać konkretną kwotę, nie tylko enigmatyczne "mniej o pięć lub trzy sykle". Mogło się to przydać, by zacząć jakkolwiek się targować. Zanim jednak sprzedawczyni zdążyłaby odpowiedzieć, za to gdy tylko bransoletka dotknęła jego dłoni, z zaskoczoną miną upuścił ją na inne wystawione przed nimi towary. A nawet cofnął się o krok, tak dla lepszego efektu.
- Te kamienie... skąd właściwie pochodzą? - zaniepokojone spojrzenie utkwił na dłuższą chwilę w twarzy kobiety, następnie przenosząc je na Penny. - Słuchaj, to chyba nie jest najlepszy pomysł... Raczej i tak nie wolałabyś jej nie nosić.
Blefował? Bardzo możliwe. Choć w takim wypadku pewnie warto byłoby się zastanowić, czy faktycznie chciał zniechęcić do zakupu przyjaciółkę, czy może jednak udowodnić sprzedawczyni, że jej towar warty był znacznie mniej. Ze względu na jego nieciekawą przeszłość. Bo, kto wie, może rzeczywiście sięgając tym razem po bransoletkę, zdołał coś niespodziewanie wyczuć? Czasami się to przecież zdarzało. A tym razem to chyba Penny musiała ocenić, na ile Terry był przekonujący i czy - przy założeniu, że udawał - zamierzała brnąć w to razem z nim.