04.03.2024, 21:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.03.2024, 14:35 przez Samuel McGonagall.)
Czy to było rozsądne?
Wcale.
Czy powinien być wszędzie, tylko nie "U Lizzy"?
Jak najbardziej.
Chytra staruszka prowadząca bar, obdarzała go spojrzeniem sugerującym, że dokładnie wie, kto odprowadził jej wnuczkę z potańcówki Longbottomów, ale z układu twarzy trudno było wyczytać, na ile to aprobuje, a na ile Samuel ryzykuje oberwanie morką ścierą przy najbliższej nadarzającej się okazji. No ale, obiecał zastąpić wykidajłę w lokalu, czasami pod wieczór przydawał się ktoś o mocnym chwycie, kto powie nazbyt podchmielonym gościom, że już czas.
Było to też miejsce, w którym mieli o niego pytać potencjalni zleceniodawcy. Mężczyzna, który jeszcze przed chwilą był dziadem z lasu, dziwakiem mieszkajacym w Kniei, nagle stał się dobrze rozpoznawalnym, obdarzanym zaufaniem rzemieślnikiem. Nie był pewien czy bardziej go to cieszyło, czy zaskakiwało. Przyjmował życie takim, jakie było.
Nie inaczej tego wieczoru, dosiadła się doń niewiasta, którą zdecydowanie pierwszy raz oglądał na oczy. Mówiła nieco inaczej, powiedziałby "miejsko", chociaż nie miał aż tak dobrego ucha, aby być stuprocentowo pewny. Wyprostował się i wyciągnął do niej dło, aby ją uściskać.
– Samuel – przedstawił się jak zawsze, dłuższą wersją imienia, bo ktoś mu powiedział, że tak jest poważniej. – Tak to ja, w czym mogę pomóc? – znów ujął sporych rozmiarów gliniane naczynie, które o dziwo nie było wypełnione piwem czy winem, a aromatycznym, wwiercającym się w nos mięty, pomimo wszechogarniajacej aury potu i spalanego tytoniu.
Wcale.
Czy powinien być wszędzie, tylko nie "U Lizzy"?
Jak najbardziej.
Chytra staruszka prowadząca bar, obdarzała go spojrzeniem sugerującym, że dokładnie wie, kto odprowadził jej wnuczkę z potańcówki Longbottomów, ale z układu twarzy trudno było wyczytać, na ile to aprobuje, a na ile Samuel ryzykuje oberwanie morką ścierą przy najbliższej nadarzającej się okazji. No ale, obiecał zastąpić wykidajłę w lokalu, czasami pod wieczór przydawał się ktoś o mocnym chwycie, kto powie nazbyt podchmielonym gościom, że już czas.
Było to też miejsce, w którym mieli o niego pytać potencjalni zleceniodawcy. Mężczyzna, który jeszcze przed chwilą był dziadem z lasu, dziwakiem mieszkajacym w Kniei, nagle stał się dobrze rozpoznawalnym, obdarzanym zaufaniem rzemieślnikiem. Nie był pewien czy bardziej go to cieszyło, czy zaskakiwało. Przyjmował życie takim, jakie było.
Nie inaczej tego wieczoru, dosiadła się doń niewiasta, którą zdecydowanie pierwszy raz oglądał na oczy. Mówiła nieco inaczej, powiedziałby "miejsko", chociaż nie miał aż tak dobrego ucha, aby być stuprocentowo pewny. Wyprostował się i wyciągnął do niej dło, aby ją uściskać.
– Samuel – przedstawił się jak zawsze, dłuższą wersją imienia, bo ktoś mu powiedział, że tak jest poważniej. – Tak to ja, w czym mogę pomóc? – znów ujął sporych rozmiarów gliniane naczynie, które o dziwo nie było wypełnione piwem czy winem, a aromatycznym, wwiercającym się w nos mięty, pomimo wszechogarniajacej aury potu i spalanego tytoniu.