04.03.2024, 21:29 ✶
Lestrange skrzywił się wyraźnie. Nie podobały mu się słowa Victorii. Być może po wizycie w Limbo, o której mówiła w Proroku, zmieniło się jej całe życie, ale nie uważał, by powinna tak o sobie myśleć. A co dopiero mówić. Rodolphus nachylił się lekko, łokcie opierając o swoje uda. Miał poważną minę, co akurat w jego przypadku niewiele zmieniało.
- Powiedz tak jeszcze raz o sobie, a przysięgam że pierwszy raz w życiu uderzę kobietę - powiedział cicho, lustrując kuzynkę wzrokiem. Raczej nie żartował, ale równocześnie raczej było wątpliwe, że podniósłby na nią rękę. Nie we własnym domu, nie podczas takiej rozmowy i nie w takiej sytuacji. Ale z jego słów jasno wynikało, że nie zgadza się z opinią Victorii na temat siebie samej.
- Nie, nie wiedzą. Nie, nie kontaktowałem się - odpowiedział spokojnie, kończąc zdanie cichym westchnięciem. Czyli nie pomoże. Cóż, nikt mu przynajmniej nie zarzuci, że nie próbował i miał ją w dupie, prawda? Przynajmniej pół punktu zarobił na tym spotkaniu. A to zawsze coś. - I to jest właśnie coś, o co chciałem cię zapytać.
Chyba nie było dla nikogo z rodziny tajemnicą, że Rodolphus nie był najlepszy w relacjach międzyludzkich. Trzymał się z boku, potrafił jednocześnie przyjść na bankiet i zachowywać się tak, jak należy. Podtrzymywał konwersację, uśmiechał się czasem. Ale widać było, że to nie jest coś, w czym się czuje dobrze. Że udaje, a najchętniej wróciłby z powrotem do Ministerstwa, do tego co robił w Departamencie Tajemnic. Albo do domu, żeby nie musieć słuchać plotkowania bab z całej okolicy. To, że umiał się zachować nie oznaczało, że potrafił wyłuskać z ludzkich emocji jakiś sens.
- W teorii powinienem o nią zawalczyć, prawda? Ale widzisz... Rzuciła mi w twarz słowami, że mi już nie ufa. A potem po prostu się teleportowała z mojego mieszkania i od tego czasu milczy, co jest jednoznaczne z końcem. Była jedyną osobą, która cokolwiek dla mnie znaczyła, której ufałem. Nie potrafiłbym na nią znowu spojrzeć, nie teraz, nie za miesiąc, pewnie nie za rok. Nie chcę dzielić życia z osobą, która twierdzi, że mi nie ufa. Jedyne, czego chcę, to przejść ten proces jak najmniej boleśnie, jeśli chodzi o rodziców. I tu mam problem - nie chciał mówić, że Victoria miała większe doświadczenie w tego typu rozmowach, bo to by było bezczelne, nawet jeżeli to była prawda. Jego kuzynka przechodziła jednak przez ten proces aż dwukrotnie, chociaż tym drugim razem chyba oberwała. Sam wolałby tego uniknąć. Stąd rozmowa. - Powinienem unikać tematu? Poinformować ojca? Czy pozwolić, żeby wszystko rozpłynęło się jak poranna mgła? W końcu to wyjdzie na jaw, prędzej czy później. Mam uprzedzić fakty? Mimo wszystko nie chcę, żeby ktokolwiek miał o niej złe zdanie, nawet jeżeli wbiła mi nóż w serce. Może powinienem wziąć winę na siebie?
Nie mówił Victorii wszystkiego, bo nie mógł. Ale powiedział tyle, ile powinna wiedzieć. To był z jego strony koniec - Robert miał pod dachem kobietę, która mu nie ufała, i prawie doprowadziła do jego upadku. Nie chciał popełniać jego błędów. Jednocześnie nie chciał rzucać Black na pożarcie jednej i drugiej rodziny. Ze względu na to, co ich łączyło, chciał ją jakoś przed tym ochronić.
- Powiedz tak jeszcze raz o sobie, a przysięgam że pierwszy raz w życiu uderzę kobietę - powiedział cicho, lustrując kuzynkę wzrokiem. Raczej nie żartował, ale równocześnie raczej było wątpliwe, że podniósłby na nią rękę. Nie we własnym domu, nie podczas takiej rozmowy i nie w takiej sytuacji. Ale z jego słów jasno wynikało, że nie zgadza się z opinią Victorii na temat siebie samej.
- Nie, nie wiedzą. Nie, nie kontaktowałem się - odpowiedział spokojnie, kończąc zdanie cichym westchnięciem. Czyli nie pomoże. Cóż, nikt mu przynajmniej nie zarzuci, że nie próbował i miał ją w dupie, prawda? Przynajmniej pół punktu zarobił na tym spotkaniu. A to zawsze coś. - I to jest właśnie coś, o co chciałem cię zapytać.
Chyba nie było dla nikogo z rodziny tajemnicą, że Rodolphus nie był najlepszy w relacjach międzyludzkich. Trzymał się z boku, potrafił jednocześnie przyjść na bankiet i zachowywać się tak, jak należy. Podtrzymywał konwersację, uśmiechał się czasem. Ale widać było, że to nie jest coś, w czym się czuje dobrze. Że udaje, a najchętniej wróciłby z powrotem do Ministerstwa, do tego co robił w Departamencie Tajemnic. Albo do domu, żeby nie musieć słuchać plotkowania bab z całej okolicy. To, że umiał się zachować nie oznaczało, że potrafił wyłuskać z ludzkich emocji jakiś sens.
- W teorii powinienem o nią zawalczyć, prawda? Ale widzisz... Rzuciła mi w twarz słowami, że mi już nie ufa. A potem po prostu się teleportowała z mojego mieszkania i od tego czasu milczy, co jest jednoznaczne z końcem. Była jedyną osobą, która cokolwiek dla mnie znaczyła, której ufałem. Nie potrafiłbym na nią znowu spojrzeć, nie teraz, nie za miesiąc, pewnie nie za rok. Nie chcę dzielić życia z osobą, która twierdzi, że mi nie ufa. Jedyne, czego chcę, to przejść ten proces jak najmniej boleśnie, jeśli chodzi o rodziców. I tu mam problem - nie chciał mówić, że Victoria miała większe doświadczenie w tego typu rozmowach, bo to by było bezczelne, nawet jeżeli to była prawda. Jego kuzynka przechodziła jednak przez ten proces aż dwukrotnie, chociaż tym drugim razem chyba oberwała. Sam wolałby tego uniknąć. Stąd rozmowa. - Powinienem unikać tematu? Poinformować ojca? Czy pozwolić, żeby wszystko rozpłynęło się jak poranna mgła? W końcu to wyjdzie na jaw, prędzej czy później. Mam uprzedzić fakty? Mimo wszystko nie chcę, żeby ktokolwiek miał o niej złe zdanie, nawet jeżeli wbiła mi nóż w serce. Może powinienem wziąć winę na siebie?
Nie mówił Victorii wszystkiego, bo nie mógł. Ale powiedział tyle, ile powinna wiedzieć. To był z jego strony koniec - Robert miał pod dachem kobietę, która mu nie ufała, i prawie doprowadziła do jego upadku. Nie chciał popełniać jego błędów. Jednocześnie nie chciał rzucać Black na pożarcie jednej i drugiej rodziny. Ze względu na to, co ich łączyło, chciał ją jakoś przed tym ochronić.