05.03.2024, 11:25 ✶
Aidan się nie zastanawiał nad tym, czy mężczyzna miał jakiś uraz do swojego wyglądu, bo przecież kolor włosów i oczu zgadzał się z kolorami u ofiar. Może to miało głębsze znaczenie, a może po prostu facet był pierdolnięty. Będzie myślał nad tym później, bo w tej chwili nie było na to czasu. Brenna szarpała się z blondynem, a on nie bardzo mógł jej pomóc ze względu na ścisk, który robili w przejściu. Parkinson przesunął się, by zasłonić sobą scenę, rozgrywającą się przy drzwiach, tak na wypadek gdyby ktoś postanowił wyjrzeć z innego pokoju. Ale najwyraźniej Longbottom nie potrzebowała pomocy i myślała tymi samymi kategoriami, co on, bo gdy rąbnęła o framugę, to podcięła typa i popchnęła go w głąb pokoju.
Aidan doskoczył do mężczyzny, który wyrżnął się na plecy. Nie zwracał uwagę na wystrój pokoju, ale gdyby zwrócił, to i tak by pewnie nie zauważył niczego szczególnego. Był niewielki, w środku znajdowało się duże dwuosobowe łóżko, stolik z krzesłem, szafka nocna na której była lampka. Łóżko było pościelone, jakby dopiero co blondyn odebrał klucze do pokoju. Żadnej walizki, żadnych prywatnych przedmiotów, świadczących o tym, że ktoś ten pokój zajmował.
Parkinson wziął zamach, by kopnąć leżącego - tak po prostu, bez skrupułów, bo ten właśnie zaczął zbierać się z ziemi. Mężczyzna sapnął, gdy czubek buta wbił mu się w brzuch, wywołując mroczki bólu przed oczami. Wyciągnął jednak rękę, by chwycić czarodzieja za nogę, ale nie zdołał go przewrócić. Z jego gardła wydobył się głuchy warkot wściekłości, a lewa ręka zwinięta w pięść wystrzeliła w kolano Parkinsona. W tej chwili nie myślał o tym, żeby sięgać po różdżkę, tylko o tym, żeby sprowadzić go do parteru i przetoczyć się po raz kolejny, zwiększyć dystans.
Z drugiego końca korytarza dało się usłyszeć stłumione pytanie.
- Co to było? Słyszałaś to?
rzuty
Aidan doskoczył do mężczyzny, który wyrżnął się na plecy. Nie zwracał uwagę na wystrój pokoju, ale gdyby zwrócił, to i tak by pewnie nie zauważył niczego szczególnego. Był niewielki, w środku znajdowało się duże dwuosobowe łóżko, stolik z krzesłem, szafka nocna na której była lampka. Łóżko było pościelone, jakby dopiero co blondyn odebrał klucze do pokoju. Żadnej walizki, żadnych prywatnych przedmiotów, świadczących o tym, że ktoś ten pokój zajmował.
Parkinson wziął zamach, by kopnąć leżącego - tak po prostu, bez skrupułów, bo ten właśnie zaczął zbierać się z ziemi. Mężczyzna sapnął, gdy czubek buta wbił mu się w brzuch, wywołując mroczki bólu przed oczami. Wyciągnął jednak rękę, by chwycić czarodzieja za nogę, ale nie zdołał go przewrócić. Z jego gardła wydobył się głuchy warkot wściekłości, a lewa ręka zwinięta w pięść wystrzeliła w kolano Parkinsona. W tej chwili nie myślał o tym, żeby sięgać po różdżkę, tylko o tym, żeby sprowadzić go do parteru i przetoczyć się po raz kolejny, zwiększyć dystans.
Z drugiego końca korytarza dało się usłyszeć stłumione pytanie.
- Co to było? Słyszałaś to?
rzuty