Teleportował się w okolice mieszkania Moodych z cichym pyknięciem, charakterystycznym dla tej formy podróżowania. Odstawał od otoczenia, jak kwitnący krzak róż pośród pola łąkowego kwiecia. Nie piękniejszy, ale inny. Zbytnio ministerialny, a jak wiadomo, urzędnicy istnieli tylko w przestrzeni Ministerstwa, nigdy poza ną. Szybko wszedł do klatki schodowej, aby uniknąć ciekawskich spojrzeń i plotek, cóż to nabroiło znów mieszkające tam rodzeństwo. Morpheus większość dnia spędził właśnie w Departamencie Tajemnic, więc jeszcze metaforycznie śmierdział urzędasem.
— Nie przyszedłem jako niańka — powiedział, przysuwając sobie zaklęciem stołek do boku jej łóżka. Mógłby zapytać z uniesionymi brwiami: wy tak żyjecie?, ale nie był jeszcze totalnym snobem. — Jestem tutaj w ramach misji Departamentu Tajemnic, nad zachowaniem prawidłowego biegu wydarzeń. Komnata Czasu wyznaczyła cię jako potencjalnego czarnego konia utrzymywanego kontinuum. Mogłaś dostać mnie lub jakiegoś obcego, zadufanego w sobie czystokrwistego dupka, który dostał tę robotę dzięki układom. Na mnie przynajmniej miło popatrzeć.
Mówiąc to, teatralnie zamrugał, wachlując przestrzeń niemoralnie długimi rzęsami, których zazdrościły mu koleżanki w Hogwarcie. Nie było wiadomo, czy mówił szczerze i rzeczywiście nie tylko przyszedł po to, aby wyświadczyć przysługę Alastorowi, albo został wysłany przez Brennę, czy rzeczywiście na marszu miało zdarzyć się coś, co musiało się wydarzyć i Millie stanowiła zagrożenie dla pomyślności całego procesu, wywróżone podczas współpracy Komnaty Przepowiedni i Komnaty Czasu. Morpheus często śmiał się, że jest bardzo kiepskim kłamcą i wielu mu wierzyło. Diabeł tkwił jednak w szczegółach oraz niedopowiedzeniach.
Oberżynowa szata czarodzieja zaszeleściła, tak jak jedwab ma w zwyczaju, szelestem jesiennych liści, skrzypieniem śniegu pod butam, przebiśniegami wybijającymi się z czarnej gleby i oraz łamaniem się gałązek podczas letnich podróży przez Knieję. Nigdy nie był zbyt przywiązany do zagadkowego obrazu Niewymownych, zazwyczaj właśnie w czerni, chociaż rzeczywiście gdy chadzał po ministerialnych korytarzach, ubierał ciemniejsze tony kolorów, brązowo-czerwony mahoń, purpurę, fiolety, wpadające w iskrzący romans z kirem. Dokładnie tak samo było w tym przypadku.
Wyciągnął ku Millie zapalniczkę, aby podpalić jej papierosa. Wyjął całą paczkę przyziemnie mugolskich Cameli, która miała jeszcze fabryczne zamknięcie; musiał kupić ją po drodze, gdy skończył mu się poprzedni zapas. Zapach palonego tytoniu odznaczał się na nieco żółtym śladzie między wskazującym i środkowym palcem, na ubraniach, splatając się z nutami perfum i jego wody kolońskiej.
— Chyba, że wolisz jakiegoś Mulcibera, zaraz mogę się po niego aportować.
Wszyscy wiedzieli, że wspomniana rodzina czarodziejów czystej krwi należała niemal do opozycji w stosunku do postawy, jaką przedstawiali Longbottomowie, wierząc w wyższość rasy czarodziejów nad mugolami i chlubiąc się swoją genologią. Oczywiście Morpheus w głównej mierze tylko naigrywał się z poszkodowanej dziewczyny, którą obaliła, ze wszystkich możliwych zaklęć, właśnie pospolita drętwota.