05.03.2024, 14:25 ✶
Rodolphus słuchał uważnie tego, co Robert miał mu do powiedzenia. Nie przerywał, nie wykonywał żadnego ruchu, który sugerowałby Mulciberowi to, że mógłby chcieć mu przerwać. Po prostu na niego patrzył, a co sobie myślał... Cóż. Nie pokazał po sobie zaskoczenia, ale również nie zmienił wyrazu twarzy na taki, który informowałby o tym, że wiedział, co zaszło.
- Czyli o to chodziło z twoją reputacją wśród "naszych" - powiedział, jasno dając do zrozumienia, że nie miał pojęcia, co stało się w maju. Nie był przy tym obecny, nie zostało mu nic przekazane. Co więcej: nie znał człowieka o tym pseudonimie. Nie wiedział, kim on był i dlaczego w ogóle ktoś bez znaku został wpuszczony do Kromlechu. Ale skoro przekazał Mistrzowi wiadomość, to sprawa została załatwiona, nawet jeżeli to była wiadomość od Belli. Być może dostała jakieś zadanie od Czarnego Pana. Nie zdziwiłby się, bo Black była jedną z lojalniejszych sług, a Voldemort to doceniał. Lestrange nie był jednocześnie w pozycji, by kwestionować działania Voldemorta. Skoro miał kontakt z Orsinusem, który nie miał znaku, zapewne wszystko odbyło się za jego wiedzą. Albo zgodą, gdy się dowiedział. Może za jego poleceniem? Nie miał pojęcia, czemu Robert drążył więc ten temat, ale nie komentował. Zaznaczył po prostu, że połączył kropki i zrozumiał, o co chodziło Bellatrix wtedy, gdy rozmawiali. - Jest to możliwe. Niestety w tej sprawie nie mogę ci pomóc, Robercie, chociaż bym chciał. Nie było mnie przy tym. Nie zostałem poinformowany przez nikogo, że padło twoje imię i nazwisko, że w ogóle toczyła się rozmowa na twój temat. Zakładam jednak, że skoro miał wiadomość przeznaczoną dla Mistrza, to mu ją dostarczył i tym człowiekiem się zajęto należycie.
Odpowiedział spokojnie, lekko przekrzywiając głowę. Nie wiedział czego konkretnie Robert od niego oczekiwał. Był lojalny wobec Voldemorta tak samo jak wobec Mulcibera. Zapewne kiedyś będzie musiał wybrać, po czyjej stronie stanie, jeżeli do tego dojdzie, ale wierzył - być może naiwnie - że Robert wciąż dzielił wspólne cele z śmierciożercami.
- Jeżeli chcesz mojej opinii, to podejrzewam, że to wszystko wzięło się właśnie z tego. Z tego, że ktoś powiedział twoje imię i nazwisko na spotkaniu. Bellatrix się zaniepokoiła i kazała mi uważać. Niesłusznie, bo wiem, co robię. Nie podejrzewam, żeby to miało ciąg dalszy, skoro sprawa skończyła się u samego Mistrza. Być może ten człowiek jest niegodny tego, by kroczyć razem z nami, ale nie jesteśmy w pozycji, w której wolno nam kwestionować wybory Czarnego Pana. Być może nawet już nie chodzi wśród żywych - powiedział cicho, delikatnie i niezwykle subtelnie przypominając o tym, że obaj podlegali Voldemortowi. - Ale jeżeli podejrzewasz, że ten człowiek może mieć jakieś informacje i je wykorzystać w przyszłości... To musimy po prostu na ciebie uważać. Jeszcze bardziej niż do tej pory.
Ostatnie miesiące nie były dla Roberta łaskawe, popełnił dużo błędów. Nie to, żeby on sam błędów nie popełniał - bo gdyby ich nie robił, to by nie siedział teraz tutaj, w obskurwiałym gabinecie sklepu ze świecami. Nie wiedział, co powinien jeszcze zrobić - czego Mulciber od niego oczekiwał. Nie będzie wpychał się z powodu plotek do kromlechu, by narazić się Voldemortowi. Skończyłoby się to śmiercią, na którą Mulciber nie mógł go narazić przez przysięgę. Ale jednocześnie Rodolphus musiał Roberta chronić. I to zamierzał robić.
- Czyli o to chodziło z twoją reputacją wśród "naszych" - powiedział, jasno dając do zrozumienia, że nie miał pojęcia, co stało się w maju. Nie był przy tym obecny, nie zostało mu nic przekazane. Co więcej: nie znał człowieka o tym pseudonimie. Nie wiedział, kim on był i dlaczego w ogóle ktoś bez znaku został wpuszczony do Kromlechu. Ale skoro przekazał Mistrzowi wiadomość, to sprawa została załatwiona, nawet jeżeli to była wiadomość od Belli. Być może dostała jakieś zadanie od Czarnego Pana. Nie zdziwiłby się, bo Black była jedną z lojalniejszych sług, a Voldemort to doceniał. Lestrange nie był jednocześnie w pozycji, by kwestionować działania Voldemorta. Skoro miał kontakt z Orsinusem, który nie miał znaku, zapewne wszystko odbyło się za jego wiedzą. Albo zgodą, gdy się dowiedział. Może za jego poleceniem? Nie miał pojęcia, czemu Robert drążył więc ten temat, ale nie komentował. Zaznaczył po prostu, że połączył kropki i zrozumiał, o co chodziło Bellatrix wtedy, gdy rozmawiali. - Jest to możliwe. Niestety w tej sprawie nie mogę ci pomóc, Robercie, chociaż bym chciał. Nie było mnie przy tym. Nie zostałem poinformowany przez nikogo, że padło twoje imię i nazwisko, że w ogóle toczyła się rozmowa na twój temat. Zakładam jednak, że skoro miał wiadomość przeznaczoną dla Mistrza, to mu ją dostarczył i tym człowiekiem się zajęto należycie.
Odpowiedział spokojnie, lekko przekrzywiając głowę. Nie wiedział czego konkretnie Robert od niego oczekiwał. Był lojalny wobec Voldemorta tak samo jak wobec Mulcibera. Zapewne kiedyś będzie musiał wybrać, po czyjej stronie stanie, jeżeli do tego dojdzie, ale wierzył - być może naiwnie - że Robert wciąż dzielił wspólne cele z śmierciożercami.
- Jeżeli chcesz mojej opinii, to podejrzewam, że to wszystko wzięło się właśnie z tego. Z tego, że ktoś powiedział twoje imię i nazwisko na spotkaniu. Bellatrix się zaniepokoiła i kazała mi uważać. Niesłusznie, bo wiem, co robię. Nie podejrzewam, żeby to miało ciąg dalszy, skoro sprawa skończyła się u samego Mistrza. Być może ten człowiek jest niegodny tego, by kroczyć razem z nami, ale nie jesteśmy w pozycji, w której wolno nam kwestionować wybory Czarnego Pana. Być może nawet już nie chodzi wśród żywych - powiedział cicho, delikatnie i niezwykle subtelnie przypominając o tym, że obaj podlegali Voldemortowi. - Ale jeżeli podejrzewasz, że ten człowiek może mieć jakieś informacje i je wykorzystać w przyszłości... To musimy po prostu na ciebie uważać. Jeszcze bardziej niż do tej pory.
Ostatnie miesiące nie były dla Roberta łaskawe, popełnił dużo błędów. Nie to, żeby on sam błędów nie popełniał - bo gdyby ich nie robił, to by nie siedział teraz tutaj, w obskurwiałym gabinecie sklepu ze świecami. Nie wiedział, co powinien jeszcze zrobić - czego Mulciber od niego oczekiwał. Nie będzie wpychał się z powodu plotek do kromlechu, by narazić się Voldemortowi. Skończyłoby się to śmiercią, na którą Mulciber nie mógł go narazić przez przysięgę. Ale jednocześnie Rodolphus musiał Roberta chronić. I to zamierzał robić.